Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
wtorek, 03 kwietnia 2018
Maraton wielkanocny

Myli się ten, kto uważa że Święta Wielkanocne trwają dwa dni. Te dwa dni to zaledwie wstęp do preludium. Świąteczny maraton trwa o wiele dłużej. I dobrze wiecie, o czym mówię.

Święta minęły mi bardzo dobrze, gdyż spędzam je po swojemu. Nigdzie nie jeżdżę, nie ma żadnych spotkań rodzinnych. Cisza, spokój i żarcie w towarzystwie doborowego zawodnika.

Sobota.

 Cztery bułki z wędliną, dwie kawy, herbata, czekoladowe kuleczki, żurek, stos placków ziemniaczanych, opakowanie chipsów. M. otwiera piwo, a wiadomo, że piwo zaostrza apetyt. Wciągamy po dwa zapieksy z nadprogramową ilością sera. Leżymy. M. coś do mnie mówi, ale odpowiada jej moje obleśne chrapanie.

Niedziela.

Dwa jajka, cztery bułki, torcik wedlowski, dwie kawy, chipsy. Żurek, biała kiełba, chipsy, czekolada. Pojawiają się pierwsze kłopoty ze złapaniem tchu, niekontrolowane bąki (wiadomo u kogo). Oglądamy dwugodzinny program o chorobliwie otyłych Amerykanach. Po dwóch godzinach przełączam program i trafiam na dokument o chorobliwie otyłych amerykańskich czworonogach. Hejtujemy, jedząc chipsy. W lodówce czeka opieczona polędwiczka, a wiadomo że polędwiczka najlepiej smakuje w posmarowanym musztardą pieczywie, ogórkiem kiszonym, podsmażoną cebulką, keczupem, serem żółtym i majonezem (oczywiście light!). Wciągamy zagryzając chipsami. Wkrótce po zjedzeniu, tracę przytomność i śpię do rana. M. cierpi. Nie może spać do 4:30 rano.

Poniedziałek.

M. twierdzi, że robi żywieniowy detoks, po tym jak weszła na magiczną wagę, która powiedziała jej ile waży  i ile z tej wagi to tłuszcz. Ja wciągam bułki z wędliną i śledzie. Po południu żurek. I dwie białe kiełby (żeby się nie popsuły). Podwieczorek: cztery kanapy z boczkiem. Żeby się nie zepsuł.

Powielkanoc.

Zaglądam do lodówki. Stwierdzam, iż mimo moich możliwości sama tego nie udźwignę. Postanawiam, że trzeba wypchnąć część prowiantu. Nie jestem głodna. Robię sobie dwie kanapki do pracy. Z boczkiem (żeby się nie zepsuł). Zdecydowanie za dużo tego boczku wzięłam. Zawsze dadzą za dużo. Mówię kobiecie w sklepie:

- 15 plasterków poproszę.

Tak jest bezpieczniej, bo jak się gramaturę poda to i tak upierdzielą zawsze więcej i z miną cielaka pytają czy te pół kilo więcej może być. Więc poprosiłam o tych 15 plasterków. Baba kroi, odwraca się, rzuca z plaskiem na wagę. Spogląda na mnie, mruży oczy i pyta:

- A 22 mogą być?

I tak, kurwa, całe życie człowieka dymają. Wchodzę do pracy. Mówię G. że mam tu taką dobrą kiełbę białą, może by chciała, bo ja już nie dam rady. Cieszy się. Okazuje się, że władowałam się w barter. G. nakłada mi ciasto czekoladowe z bitą śmietaną i malinami, serniczek i makowiec. Nie chce słyszeć odmowy. Zmęczyłam cały talerz. A jeszcze kanapeczki z boczkiem czekają. Wychodzę. G. oznajmia, że ma coś dla mnie. Podaje mi tradycyjny symbol każdych prawdziwych, patriotycznych, narodowych, polskich Świąt:

 IMG_20180403_1706252

 

 

Mam wziąć, bo za dużo zrobiła i jej się zepsuje. A szkoda wyrzucić.

Uprzejmie dziękuję, zastanawiając się komu opchnąć to litrowe słoisko. Idę dalej. J. otwiera drzwi i od progu krzyczy, że kawa już czeka, mam siadać. Siadam. W mgnieniu oka ląduje przede mną talerzyk z babką drożdżową, polaną absurdalną ilością lukru. Też nie chce słuchać, że nie trzeba. Przystępuję do kontrataku. Wyciągam słoik z sałatką i oznajmiam, że przyniosłam, bo mi za dużo wyszło i się zepsuje. J. pęka ze śmiechu, bo okazało się, że też ma dla mnie słoik sałatki. Tak jakoś im więcej wyszło, boją się że im się zepsuje, a szkoda wyrzucić. Wręcza mi słoik, dwie białe kiełby ("posmakuj jaka dobra"), i kiełbasę pieprzową. Po skończonej robocie, zbieram się do wyjścia. J. krzyczy, że bez zjedzenia obiadu nie wyjdę. Nalewa mi michę krupniku z mielonymi (tak, z mielonymi), i dwa zrazy w boczku.

Wychodzę. Muszę iść wolno, bo boję się że mi się uleje. Rozmawiam z A. przez telefon. Niezbyt dyskretnie zwraca mi uwagę, że dyszę i nie mogę złapać tchu. Luzuję dresy w pasie. Trochę pomaga.

Wchodzę do B. Pytam jak Święta, oznajmiam że przyniosłam małe co nieco. Wyciągam sałatkę, białe kiełbasy, kiełbasę pieprzową. B odmawia. Zatruła się czymś w Święta. Tyle jedzenia narobiła, boi się że teraz jej się zepsuje. A szkoda wyrzucić. Wręcza mi słoik żurku, słoik sałatki, dwie czekolady.

Idę do domu. Dostrzegam  w kuchni podejrzany garnek. Teściowa zasyła bitki w sosie. Jakoś tak o dwa kilo za dużo jej wyszło. Więc nam dała te dwa kilo, bo bała się że się jej zepsuje. A szkoda wyrzucić. Rozpakowuję plecak i dostrzegam jeszcze dwie kanapki z boczkiem, zapakowane rano. Zjadam. Szkoda wyrzucić.

Postanawiam zapakować mój nieszczęsny pakunek do lodówki. Otwieram. Teściowa podesłała dodatkowo cztery rodzaje wędlin, schab, kotlety mielone, cztery opakowania jajek, 6 porcji galaretek i opakowanie kości z zupy dla psa.

Bo miała za dużo i bała się, że się zepsuje. A przecież szkoda wyrzucić.

 

 

 

 

 

 

 

 

17:14, hippiefunkytown
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 marca 2018
Szafa

Myślę, że dorosłość/starość zaczyna się mniej więcej wtedy, gdy przed przyjazdem przyjaciela zapisuje się na kartce listę rzeczy, które chce się mu powiedzieć. W przeciwnym razie skończycie z wielką pustką w głowie i mniej więcej taką miną

 

 

 Przechwytywanie1

 

 

Starość/dorosłość przyjaciela zaczyna się wtedy, gdy zapytany o przepis na żur odpowiada, że mam się tym nie martwić, bo przyjedzie na święta z własnym zakwasem, bo ma wtyki u baby na targu. Adult level: expert.

Nastąpiła nagła zmiana planów świątecznych. Z początku lekko mnie to podkurwiło, bo miałam wielkie plany, żeby wbić do Stolicy i oczywiście nażreć się do nieprzytomności w koreańskiej knajpie. Z drugiej jednak strony, nie ma tego złego i w sumie to już nie mogę się tych Świąt doczekać. Głównym powodem są dość spore zmiany w mym skromnym  życiu, które powoli zaczynają majaczyć na horyzoncie. Nie tylko zresztą u mnie. Więc naprawdę muszę spisać na kartce całą swoją życiową mądrość, bo połowa pewnie wyleci mi z głowy z całej tej ekscytacji. Ale jestem naprawdę dobrej myśli, gdyż widać jakieś światełko w tunelu. I mam niesamowitą ochotę tymże światełkiem się podzielić.

Podjęłam kilka ważnych życiowych decyzji, wdrożenie których wcale nie jest łatwe, ale z drugiej strony muszę potraktować to jako wyzwanie. Jeśli uda mi się zachować los cojones grandes to stanę się naprawdę fajnym człowiekiem. Nie żebym teraz nim nie była, ale zawsze można nad czymś popracować. Możecie trzymać kciuki.

Z cyklu Absurdy Życia Codziennego”: zaproponowałam Mu, że powinien przenieść szafę z piętra na parter, gdyż tam się bardziej przyda. Zaoferowałam nawet, że pomogę, ale oczywiście męska duma nie pozwoliła mu na przyjęcie pomocy od kobiety. Zawołał „fachowca” do pomocy. Odpalili browary i przez 40 minut profesjonalnie wpatrywali się w szafę, która szybko została przechrzczona na Starą Kurwę. A nawet jeszcze nie rozpoczęli z nią walki. Szafa najwidoczniej obraziła się o swoje nowe przezwisko i postanowiła stawiać bierny opór. Jeśli ktoś nie rozumie zjawiska passive agressive, to powinien był oglądać tę scenę. Stara Kurwa utknęła na półpiętrze, popierdując srodze trocinami. Obaj panowie równie srodze zaczęli puszczać tak soczyste wiązanki, że niejeden kibic mógłby się od nich uczyć. W zasadzie nie lubię się wtrącać, ale że sprawia mi to radość, to postanowiłam wyrazić zaniepokojenie podejrzanie trzeszczącym drewnianym schodem. Szybko jednak zostałam poinformowana, gdzie Samiec Alfa ma ten schodek i powiem Wam, nie chcecie wiedzieć gdzie, bo samo wyobrażenie by Was zabolało.

Zauważyłam taką tendencję, że ludzie mnie zwyczajnie nie słuchają a później złośliwe zrządzenie losu pokazuje, że oczywiście miałam rację. Nie trzeba było zatem długo czekać, aż drewniany schodek poddał się i spektakularnie pękł. Wywołało to wpierw panikę wśród panów, którzy napierali na Starą Kurwę z całych sił i mało nie przelecieli przez balustradę. Widząc jednak szkody jakich dokonała (ona, nie oni, przecież to nie ich wina) rozpoczęła się kilkuminutowa tyrada przekleństw. Szafa nie powiedziała ostatniego słowa i złowieszczo przechyliła się w dół, co panowie uznali za sukces i zaczęli szarpać ją jeszcze mocniej, nie widząc analogii do poprzedniego wydarzenia. Szafa podjęła ostatnią, rozpaczliwą próbę buntu, zaczęła zjeżdżać po schodach, urwała po drodze fragment kolejnego schodka i utknęła na amen, zaklinowana między balustradą, sufitem i ścianą. Pan fachowiec podrapał się w główkę, drugi zaczął ryczeć a ja przypomniałam sobie jak w jednym z mieszkań wynosiliśmy ze znajomymi gigantyczną wersalkę z pokoju i utknęła odcinając dostęp do strategicznych miejsc: kibla i kuchni. Z rozmyślań wyrwał mnie skaczący przez balustradę Samiec Alfa z ryjem wykrzywionym totalną, czystą nienawiścią. Pobiegł do piwnicy i wrócił z niej po chwili z siekierą. Pomyślałam przez chwilę, że ta siekiera jest dla mnie i skończę porąbana na kawałki w jakiejś wersalce a później będą o tym pisać w Fakcie. Okazało się jednak, że tym razem umknę śmierci. Samiec Alfa zamachnął się i zanim się obejrzałam Stara Kurwa została porąbana na kawałki. Cóż, najprostsze rozwiązania…

Zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę i wpatrując się w kolejne ciosy zadawane bogu ducha winnej szafie odebrałam wiadomość. Odłożyłam słuchawkę.

- R. dzwoniła twoja mama. Mówi, że szafa ma zostać na piętrze. Na parter właśnie kupiła nową.

Mamy zakaz odzywania się do R. Myślę, że przechodzi załamanie nerwowe.

Zaczyna się weekend. Życzę Wam odpoczynku, ciszy i spokoju. Stare Kurwy omijajcie szerokim łukiem. Dobranoc.

 

 

22:43, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 marca 2018
Bonnie Blue

Powiedziała, że pójdziemy na spacer. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż pora była późna, padał deszcz ze śniegiem, szybko zrobiło się ciemno. Mówi: nie pękaj, trochę ruchu się przyda. W zasadzie miała rację. Ubrałam się ciepło i poszłyśmy. Prowadziła mnie ścieżkami, których nie znałam. Szłyśmy w kierunku rzeki, co niezbyt mnie cieszyło, gdyż znajdujący się tam las nie zachęcał do pieszych wycieczek. Biła od niego aura tajemniczości, ale takiej która niepokoi, odpycha, ma w sobie pierwiastek zła. Zapytałam, czemu tam idziemy ale stwierdziła tylko, że zobaczę.

Weszłyśmy do lasu. Ścieżki pokryte były grubą warstwą zgniłych już liści. W oddali słychać było szum samochodów, ale oprócz nich żywej duszy. Ciężko było stwierdzić czy idziemy ścieżką, gdyż widoczność była słaba. Jedyne światło, mdłe, żółte nieprzyjemne pochodziło z ulicznych lamp, ale nie dawało jakiegokolwiek poczucia bezpieczeństwa.

W krótkim czasie moim oczom ukazały się nagrobki. Okazało się, że w tym miejscu grzebane są zwierzęta. Znam miasto dość dobrze, ale nie wiedziałam o istnieniu tego miejsca. Przechodziłam od grobu do grobu. Pikusie, Pimpki, Tosie....na ich tle wyraźnie wyróżniał się jeden grób, oznaczony laminowanym zdjęciem amstaffa. Napis głosił: Bonnie Blue... Coś mi to mówi... Bonnie Blue... Córka Reta Butlera i Scarlet z "Przeminęło z wiatrem". Chciałam się z nią podzielić tym odkryciem. Odwróciłam się, stała tuż za mną. Trochę mnie to zbiło z tropu... Ale zapytałam, od kiedy zna to miejsce, bo jest mi ono obce...

Ciebie też tu pochowają - odpowiedziała i wepchnęła mnie do rzeki.

Umarłam śmiercią, której zawsze bałam się najbardziej.

------------------------------------------------------------------------------

Obudziłam się. Pies chrapał, leżąc na mojej poduszce. W ustach susza, głowa wciśnięta między łóżko a ścianę. Zjedzenie przed snem całej blachy pizzy było złym pomysłem.

 

11:49, hippiefunkytown
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 123