Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
piątek, 02 września 2016
Jedzenie nie pyta, jedzenie rozumie, cz.2

W liceum, moje życie odmieniło się na lepsze głównie za sprawą tego, że poznałam M. To był okres, gdy stwierdziłam, że w zasadzie jedzenie nie jest takie złe. Poprawia nastrój. Szczególnie gdy ten jest podły. Siadasz do jedzenia i ono nie truje ci dupy, nie zadaje zbędnych pytań, nie osądza. Jedzenie po prostu jest. Podobną zasadę wyznawała właśnie M. i wkrótce okazało się, że jest idealnym kompanem do posiłków.

Dla M. nie ma słowa „wystarczy”. Za jednym podejściem jesteśmy w stanie zjeść więcej niż jedna osoba w tydzień. Objawiło się to kilkoma spektakularnymi akcjami. Jak przykładowo wtedy, gdy zjadłyśmy pizzę z Biedry. Taki wielki prostokąt. Wielki na tyle, że jak go sobie przyłożyłam do brzucha to nie było mnie zza niego widać. Opędzlowałyśmy po prostokącie pizzy, ale że nie uznajemy półśrodków, postanowiłyśmy dopchać się pierogami ruskimi, okraszonymi cebulą. A raczej smażoną cebulą, z dodatkiem pierogów. M. spłodziła kosmiczną ilość cebuli, utopiła ją w koszmarnej ilości oleju i polała tym pierogi. Kilogram. Czyli zaraz po spożyciu prostokąta pizzy, wchłonęłyśmy po pół kilo pierogów ruskich z cebulą.

Nie powiem, że było lekko. M. mamrocząc coś o pogotowiu, zgięta wpół poczołgała się w stronę łóżka. Myślałam, że przesadza ale gdy tylko wstałam, okazało się że mam trudności z oddychaniem. Sił wystarczyło mi tylko na to, by położyć się obok niej i zapytać czy żyje. Przeciągły jęk oznaczał, że jeszcze żyje, ale myślę, że tamtego dnia obie spojrzałyśmy śmierci w oczy.

Nie sądźcie jednak, że powstrzymało nas to od bicia kolejnych rekordów.  Kiedyś naszło nas na hamburgery domowej roboty. I jak przystało na panienki z dobrych domów zrobiłyśmy. Pięć na głowę. Zasiadając nad talerzem z pięcioma hamburgerami, rubasznie podśpiewywałyśmy sobie „I got five on it”, uważając to za niesamowicie wyrafinowany dowcip. Po spożyciu tej wieczerzy (na obiad był kebab xxl), zapadłyśmy w śpiączkę na kilka godzin. Pamiętam tylko, że przed utratą przytomności M. spytała osłabionym głosem

- A. co zjemy na śniadanie?

Bo M. nie zna słowa „wystarczy”.

To było kilka lat temu. Dziś już zdrowie nie pozwala na wchłanianie (aż) takich ilości, nie mniej jednak M. jest nadal moim ulubionym towarzyszem kulinarnych przygód. I wcale nie dlatego, że podarowała mi ostatnio torbę czekoladowych babeczek własnej roboty. Chodzi o to, że jedzenie smakuje bardziej w dobrym towarzystwie.

Nie wiem, czy wpisy te podołają kryteriom, wyznaczonym przez N. Ale na pewno trafią do jej serca, jako że sama wchłonęła kilo tatara za jednym podjazdem (szacun).

Także ten…smacznego Dziubki, śpijcie dobrze i zastanówcie się przed snem, co zjemy na śniadanie.

 

 

 

22:56, hippiefunkytown
Link Dodaj komentarz »
Jedzenie nie pyta, jedzenie rozumie, cz.1

N. kazała mi zrobić wpis optymistyczny, bo inaczej przestanie ze mną gadać. Przez chwilę rozważałam płynące z tego korzyści, ale postanowiłam podjąć wyzwanie i… nie da się. Mogę zrobić co najwyżej wpis nienegatywny. I możecie mnie cmoknąć.

Kocham jedzenie. I to bardzo. Jest to jednak miłość trudna, po przejściach. Nie zawsze było łatwo. Zaczęło się gdy byłam mała. Bardzo mała i ledwo co mówiłam. Tzn nie żebym teraz była mistrzynią narracji, nie mniej jednak w tamtym czasie posługiwałam się pojedynczymi słowami. Jako mały, gruby człowieczek byłam bardzo wymagająca. Gdy tylko raz zasmakowałam zupki z cielęcinką, to nie było bata żebym zjadła bez cielęcinki. Momentalnie wyczuwałam brak tego wartościowego składnika i odmawiałam spożywania pokarmów wszelakich, nawet pod groźbą śmierci głodowej.

Jednak największym powodzeniem cieszył się u mnie kulinarny misz masz pt. Bukum-pyzum. Może i byłam mała, ale za to piekielnie inteligentna. Skoro bułki są smaczne i pyzy są smaczne, to czemu by nie połączyć jednego z drugim. Szybko więc zaczęłam terroryzować rodzinę rozdzierającym głowę krzykiem:

- Mama! Bukum Bukum, pyzum pyzum!

I nie było zmiłuj. Byłam karłowatym Kadafim, który pozbawiony jedzenia uprzykrzał życie wszystkim. Gdy nauczyłam się chodzić, sprawa stała się łatwiejsza, gdyż mogłam sama upolować jedzenie. W tym celu odsuwałam sobie szuflady w kredensie kuchennym, by utworzyły mi schodki, po których mogłam wejść na blat i sięgnąć do szafki, gdzie stał…cukier. Czysty, biały cukier. Jadłam go łyżkami, gdy tylko nikt nie patrzył. I nawet gdy po kilku takich porcjach zaczynałam robić się zielona na twarzy, to powtarzałam ten rytuał w nieskończoność w myśl zasady: i regret nothing.

Spożywanie tak wielkich ilości cukru miało oczywiście inne skutki uboczne , takie jak przykładowo przybieranie na masie. Zaczęłam się upodabniać do donuta w polewie czekoladowej. Moje małe tłuste serduszko nadal jednak pałało miłością do słodyczy, które mama musiała chować przede mną po rozmaitych szafkach. Ja jednak, niczym dzik w poszukiwaniu trufli, szperałam w nich gdy tylko rodzicielka udawała się na zakupy. Na pytania, czemu ubyło herbatników w czekoladzie, schowanych w szafce, za kamionką, pod kartonami herbaty, odpowiadałam, że nie wiem. O nie, ja głupia nie byłam. Oglądałam filmy z Chuckiem Norrisem i wiedziałam, że nawet na torturach nie można nic chlapnąć.

Po jakimś czasie moja miłość do jedzenia osłabła. W zasadzie nie wiem czemu. Mama robiła mi kanapki do szkoły a ja nigdy ich nie zjadałam. Początkowo wyglądało to jak u każdego ucznia czyli: mama otwierała plecak, by znaleźć tam małą, zieloną, puszystą kulkę, pokrytą pajęczynką, która kiedyś była kanapką z szynką.  Dostawałam opierdol, że aż się ściany trzęsły, ale jakoś proceder ten trwał dalej. Ponownie jednak powołam się na moją piekielną i wrodzoną inteligencję i powiem Wam, że zaczęłam kombinować. Toć ile razy można mieć awanturę w domu o zielone, puchate kulki w plecaku. Zaczęłam zostawiać kanapki przy śmietniku. Niezależnie od tego ile godzin lekcji miałam w szkole. Nieważne, jak bardzo kurczył mi się żołądek z głodu- nie jadłam i koniec. Młoda jednak byłam i mała i gdy kiedyś sąsiadka zauważyła, że zostawiam kanapki przy śmietniku, wpadłam w panikę. Oczyma wyobraźni już widziałam, jak zołza idzie do matki i jej o wszystkim mówi. Matka następnie wpada jak piorun do mojego pokoju i krzyczy i mówi o tym całej rodzinie i wszyscy pokazują na mnie palcami i mówią: to ta, co zostawia kanapki na śmietniku.

Trzeba było zatem zmienić taktykę. Zaczęłam chować kanapki za szafę. Tak, brawurowe rozwiązanie. Ale wiecie, najciemniej pod latarnią. Na pojawiające się co jakiś czas pytania: co tu tak śmierdzi, odpowiadałam:

- Nie wiem, nic nie czuję….może bąka puściłam..

Kiedyś ojciec zrobił mi kanapki na kolację. Szlag by trafił, trzy wielkie kromy z szyną. Niewiele myśląc, wpakowałam je do śmietnika, wypiłam herbatę i szczęśliwa oznajmiłam, że już zjadłam. Myślę, że fakt iż zajęło mi to ok. 5 minut dał ojcu do myślenia. Zajrzał do śmietnika i znalazł dowody zbrodni. Kara była okrutna, gdyż albowiem ponieważ, kanapki prosto ze śmietnika wylądowały z powrotem na moim talerzu i już nie było litości…musiałam zjeść. Dobra, dobra śmiejcie się. M. nie chcąc zjeść kurczaka, wywaliła go przez balkon. Gdy zdziwiona Babcia spytała ją czy już zjadła, ta poszła w zaparte, że tak i bardzo jej smakował.

- Tak? A kości, kurwa, też zjadłaś?!

Taktyka, moi kochani, taktyka to podstawa.

Wkrótce zaczął się bardzo nieprzyjemny okres w moim życiu, gdy to człowiek wymienia zęby na stałe. Któregoś razu dentystka, która z delikatności nie słynęła, postanowiła wyrwać mi za jednym podejściem cztery zęby trzonowe. A co! Jeden ból, jeden chu… Moja matula przeczytała gdzieś, że gdy się usunie zęba, to należy później jeść coś twardego, np. jabłka, czy też marchewki, żeby się coś tam z tymi dziąsłami porobiło. Gdy wróciłam do domu biedniejsza o cztery zęby, usiadłam w pokoju i czekałam na śmierć. Mama weszła do pokoju i postawiła przede mną talerzyk z obranymi i pokrojonymi w słupki marchewkami. Czujecie ten klimat? Cztery zionące i krwawiące dziury w gębie, spuchnięta szczęka a ta mi z marchewką wyjeżdża. Ale matki mają to do siebie że nie da się z nimi polemizować. Co miałam zrobić? Jadłam i płakałam.

Musicie wiedzieć, że moja Matula miała sobie tylko zrozumiałe zapędy żywieniowe. Kiedyś wyczytała w gazecie, że jedzenie czosnku pozytywnie wpływa na zdrowie i odporność. A że moja mama nie zna słowa „umiar”, zaczęło się moje małe małe piekło. Codziennie, przed obiadem dostawałam do zjedzenia sześć ząbków czosnku, kromkę chleba na zagryzkę i szklankę surowej wody. Jak w jakimś klasztorze o zaostrzonym rygorze. I nie było obiadu póki tego nie zjadłam. Na matulę nie działały moje łzy, charczenie i odruch wymiotny. Zdrowie ponad wszystko! Co miałam zrobić? Jadłam i płakałam.

Apogeum troskliwości mej rodzicielki nastąpiło, gdy lekarz powiedział jej, że podczas choroby (o dziwo czosnek nie sprawił, że przestałam chorować), należy jeść grapefruity. A szczególnie te białe skórki, które zawsze się obiera i wyrzuca. Mama wyszła z założenia, że najlepszą obroną jest atak, w związku z czym, zakupiła grapefruity, co mnie bardzo ucieszyło, bo bardzo je lubię. Jakaż była moja rozpacz, gdy mama przyniosła mi cały talerz białych skórek. Samych. Dostałam grapefruita bez grapefruita. Rodzicielka usiadła i zaczęła jeść soczyste owoce a ja siedziałam nad tym białym cholerstwem. Co miałam zrobić? Jadłam i płakałam. Och, jak ja wtedy płakałam…Moi przyjaciele też płaczą. Ze śmiechu. Za każdym razem gdy wspominają tę historię. I zbierają dla mnie białe skórki. Żebym nie chorowała. Karma do Was wróci…

Czas płynął i Matula zaczęła się o mnie obawiać, bowiem zaczęłam szybko tracić na wadze. Ot tak, po prostu. Złośliwi, sąsiedzi, snuli teorie, że ćpam, albo mam raka i nie wiedzieć czemu strasznie ich to cieszyło. Jak to sąsiadów. Rodzicielka postanowiła, że nie będzie siedzieć i patrzeć jak niknę w oczach.

- Jak kobita chce za mąż wyjść to musi mieć brzuch! A nie taka zapadła szkapa jak ty!

Zaczęły się końskie dawki jedzenia. Ziemniaki suto polewane olejem spod kotletów schabowych. Polewane tak obficie, że trzeba było widelcem robić kanaliki w ziemniakach, by olej spłynął na brzeg talerza. Równie trafnym pomysłem było gotowanie paczki makaronu. Na głowę. Docelowo miał to być obiad w postaci makaronu z twarogiem. Okazało się jednak, że skromna kostka twarogu nie wystarczy na kilogram bezbarwnego makaronu z Lewiatana, więc mama dowaliła jeszcze homogenizowany serek waniliowy, straciatella. Dostałam miskę z galaretowatą breją. Kilo makaronu, ćwierć kilo twarogu i serek homo.

Co miałam zrobić? Jadłam i płakałam.

Wkrótce jednak moje życie się odmieniło.  Na lepsze. Ale o tym w następnym wpisie, bo od tego pisania zgłodniałam.

 

 

22:32, hippiefunkytown
Link Dodaj komentarz »
A droga długa jest...

Wybrałam się ostatnio w podróż do Stolycy. Wybrałam tego samego przewoźnika, co zawsze, bo jakoś nigdy nie narzekałam na jego usługi. Drepcząc nerwowo po peronie autobusowym, przyjrzałam się dokładnie moim potencjalnym współpasażerom, modląc się w duchu by jednak pojechali innym autobusem. Jak przykładowo Mały  Gruby Dziecior z paluszkami jak kiełbaski. Czy też Don Juan z Pierdziszewa, z włoskami na żel i przyciasnym podkoszulku, mającym zapewne na celu podkreślenie jego nieistniejącej  muskulatury. Mój wzrok przykuł kołczan prawilności wspomnianego Don Juana, z czarnej skóry, z ćwiekami. Oj, z tym panem będzie problem. Dreptałam sobie dalej, schodząc z drogi pasażerom 50+, którzy wyznają zasadę „postawiony na wysepce bagaż gwarantuje pierwszeństwo wchodzenia do busa”. Zasada gówno warta, nie mniej jednak jej wyznawcy są w stanie wyżreć człowiekowi krtań, jeśli ten postanowi wejść przed nimi. Na horyzoncie pojawiły się zakonnice. Trzy. Stanęły skromnie nieopodal. Jedna  z nich obrzuciła spojrzeniem Małego Grubego Dzieciora i wskazała go palcem towarzyszce, po czym zaczęły się śmiać. No cóż, zakonnica też człowiek. Po chwili zakonnice się rozmnożyły i zrobiło się ich pięć. Spoko, o ile nie zaczną śpiewać i grać na gitarach, to w zasadzie mi nie przeszkadzają. Wsiadamy i ruszamy w podróż. Trzy godzinki i będę na miejscu.

Pssst! Trzy godziny bez browara to czas zmarnowany. Któryś z pasażerów nie wytrzymał nerwowo i już po 10 minutach zaczął żłopać ciepłe piwsko. Zaraz zaczną się pielgrzymki do kibla. Mały Gruby Dziecior zagląda tam zdecydowanie za często i aż strach, co tam po sobie zostawia. Zajeżdżamy do Płocka.  Płock to miasto fajnych ludzi. To znaczy znam dwie osoby z Płocka, ale to wystarczy na wydanie takiej opinii. Stoimy chwilę, dosiada się szósta zakonnica, pełne pingwinarium i jedziemy dalej.

Długo ta jazda nie potrwała. Kawałek za Płockiem stajemy po środku niczego i kierowca oznajmia, że padła chłodnica. Nie znam się ale mam wrażenie, że nie są to dobre wieści. Autobus rozkraczył się na amen, klima przestała działać, ludzie spłynęli potem i wysypali się na zewnątrz. Paradoks całej sytuacji był taki, że rozkraczyliśmy się na parkingu pod Okręgową Stacją Kontroli Pojazdów. Więc teoretycznie nie ma problemu. Ale to jest Polska i tu najbardziej oczywiste sprawy okazują się nie do obejścia. Także ten… 33st. Zero wiatru, zero sklepów, zero czegokolwiek. Wylądowaliśmy po środku czarnej dupy. Mały Gruby Dziecior zaczął się wszystkim przyglądać i dam głowę, że gnojek już obczajał kogo zjemy pierwszego. Odeszłam kawałek. Tak na wszelki wypadek.

Nie trzeba było długo czekać na wybuch paniki. Jest wszak XXI wiek i ludzie pozbawieni wifi oraz klimatyzacji zamieniają się w szaleńców. Bogu ducha winny Kierowca poszedł na pierwszy ogień.

- Panie! Jak pan nie wie, kiedy przyjedzie pomoc?!

- Panie tu są dzieci!

- Panie skandal!

- No to pan wymieni tę chłodnicę!

- We're all gonna die!

- Panie, pan dzwoni i załatwia nam transport!

- Panie a wifi działa?

- Panie, kurwa, zrób pan coś! Tu są dzieci!

I tak wszyscy. Słowem: zapanował zbiorowy debil. Kierowca przemieszczał się z miejsca w miejsce, byle tylko oddalić się od bandy sępów ale na niewiele się to zdało. Dyspozytor stwierdził, że ma nas w dupie i serwis kiedyś przyjedzie. Może jeszcze w tym roku. Ale nic pewnego.

Nagle z tłumu wyłonił się Don Juan. Spocony jak jasny chuj, aż mu się biednemu żel na włosach roztopił. Idzie stanowczym krokiem machając złowieszczo torebką od Louis Vitton’a. Staje naprzeciw Kierowcy i obrzydliwie miękkim, wysokim i ugładzonym falsecikiem zaczyna:

- Proszę Pana to jest skandal!

- Słucham?

- Mówię, że to jest skandal. Pan mnie naraża na niebezpieczeństwo oraz utratę zdrowia. I to, proszę pana, jest karygodne co ja muszę przez pana znosić!

Osz, cholera, zaczął grubo, gdyby nie ten falsecik to i nawet byłoby strasznie.

- Proszę pana, ja nie mam nic do picia! Jak ja mam tu siedzieć bez picia. Proszę natychmiast zażądać…nie, to ja żądam wody! Niech pana przełożeni zapewnią nam w tej chwili wodę!

Wolałabym jednak transport zastępczy, ale ok…

- To pan sobie pójdzie- odparł Kierowca- i weźmie moją wodę…

Dla Don Juana to było za dużo. Spodziewał się chyba, że zaczniemy robić odwierty i zaraz mu podarujemy wiadro czystej źródlanki. Pech, odwierty robię tylko w szabas.

- Pan sobie żartuje? Pan żartuje i to jest skandal! I ja tego tak nie zostawię! Proszę pana nazwisko, bo ja złożę na pana skargę.

- Ależ proszę bardzo: Kowalski.

- Znowu sobie pan żartuje!

- Nie, ja mam tak na nazwisko.

Zaczęła się regularna pyskówka. Histeryczne baby naskoczyły na Kierowcę, panowie starali się uspokoić spoconego (i odwodnionego po kwadransie bez wody) Don Juana. To już nie dla mnie. Poszłam za autobus, gdyż połowa twarzy już mi spłonęła w słońcu. Zaczynałam słabnąć, powoli pojawiały się omamy wzrokowe; życie przelatywało mi przed oczami i miałam okazję zastanowić się nad nim, gdyż brałam pod uwagę że możemy tu zostać na zawsze. Było ze mną coraz gorzej, wszak nie jadłam od dwóch godzin. Dla mnie to jak wyrok śmierci.

Okrążając autobus zauważyłam, że zakonnice zachowały stoicki spokój, wyjęły książeczki i zaczęły modlić się za silnik.

DSC_0952

Wszyscy zginiemy.

 

- Jesteś radością mojego życia oooo  oooo  oooo Panie mój!

Zakonnice wytoczyły najcięższe dzieło: gitary i zaczęły radośnie pląsać, klaskać i śpiewać.

Muszę stąd uciec.

Po 2 godzinach oczekiwania, 4 bez jedzenia, postanowiłam nie narażać swego życia i cofnąć się do Płocka, by tam złapać jakikolwiek inny transport. Kupiłam bilet na kolejny kurs tego samego przewoźnika i poszłam kupić coś do jedzenia. Z tego miejsca oznajmiam, z całą moją sympatią do Płocka, że mają tam naprawdę gówniane kanapki w smaku przypominające kupę z trocinami. Zjadłam to jakoś, gdyż mój organizm zaczął trawić sam siebie i czekałam na kolejny transport.

 14722333358213

 To ja w Płocku z gównianą kanapką.

Wyznaczony na przyjazd czas minął…pięć minut, dziesięć, dwadzieścia….zostanę do końca świata w tym spierdziałym Płocku. Po trzydziestu minutach zajechał Czerwony Bus, osunęłam się na siedzenie i ruszyłam w drogę. Serce mi stanęło, gdy zaczęliśmy zwalniać….na zawsze w tym spierdziałym Płocku….Okazało się, że zabierzemy po drodze moich poprzednich towarzyszy podróży. 4 godziny po awarii. Don Juana nie było. Całkiem możliwe, że go zjedli.

Dojechałam do Stolycy ok. 21:30. Wyruszyłam o 14:30. O tej samej porze co K. z Londynu. Była na miejscu przede mną.

 

 

21:12, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115