Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
piątek, 16 lutego 2018
Piątek wieczór

Jestem człowiekiem, spokojnym i lubię takim być. Jest piątkowy wieczór a ja siedzę z piwem i obserwuję rybki w akwarium i skutecznie unikam studiowania notatek na egzamin. Uspokaja mnie to i jeśli miałabym być szczera, to mogłabym tak spędzać każdy wieczór. W ciągu dnia muszę, czy mi się to podoba czy nie, muszę przebywać z ludźmi i dosłownie funkcjonować z nimi i ich problemami. Dlatego wieczory to dla mnie czas, gdy mogę położyć się na łóżku i gapić w sufit, nie mając z tego powodu wyrzutów sumienia. Włączam sobie wtedy jakąś ulubioną muzykę i mnie nie ma. Ostatnio odpłynęłam na punkcie Depeche Mode, których wszak lubiłam zawsze, ale przez mojego kolegę, postanowiłam przesłuchać każdą płytę po kolei i żałuję, że nie zrobiłam tego wcześniej. Dodatkowym smaczkiem jest to, że słuchając muzyki widzę kolory a w przypadku DM jest to wyjątkowo silne, więc można powiedzieć że mam odlot, bez uszczerbku na zdrowiu.


Prawdopodobnie jeśli ktoś spojrzy z boku na moje życie, stwierdzi że jest ono jałowe, nudne, przewidywalne itd. Spotkałam się już nawet kilka razy z taką opinią. Że powinnam coś z sobą zrobić, trochę więcej spontanu...zdobywać szczyty, łapać życie, wyciskać je jak cytrynę i takie tam...ale prawda jest taka, że dopiero od niedawna moje życie jest stabilne i w miarę spokojne. Do tej pory działo się dużo i w zasadzie nigdy nie mogłam być niczego pewna, nie mogłam niczego zaplanować, bo tak naprawdę niewiele zależało ode mnie. A nawet, choć ciężko mi to przyznać, samo moje życie nie do końca należało do mnie. Dlatego teraz, cenię sobie to, że miewam dni podobne do siebie. Nareszcie się nie boję.


 Niedawno miałam zajęcia z facetem, który jest coachem, trenerem personalnym i cholera wie, kim jeszcze (serio, powinni to zdelegalizować). Pan za wszelką cenę chciał nas zmotywować do tego, byśmy trzepali kasiorę. Bo on trzepie i takie telefony jak my mamy...no on by się nigdy do tego poziomu nie zniżył, gdyż ponieważ on ma najnowszego iPhone'a i posiadanie tego sprzętu oznacza przynależność do elitarnej kasty społecznej. I jeśli my chcemy też do niej należeć (a Pan wyszedł z założenia, że to oczywiste), to musimy followować nasze drimsy, wspinać się na hajest mountains naszych możliwości i takie tam coachingowe bzdury. Usłyszawszy od jednego ze studentów, że miesięcznie wydaje on ok 1 tysiąca złotych na jedzenie, prychnął tylko z pogardą i stwierdził, że tyle, to jego żona wydaje jednorazowo na torebkę. I tak siedzieliśmy i śłuchaliśmy pana, który nam opowiadał, że gdy był na wakacjach w Kenii, to dzięki swojemu zajebistemu telefonowi mógł poprzez WiFi rozmawiać z klientami, którzy do niego wydzwaniali. I tak sobie pomyślałam: spoko, gość zwija 500/godzinę (pochwalił się nam, robiąc stosowną pauzę na ochy i achy z naszej strony, które jednak nie nastąpiły), nosi torebusię Gucciego, jeździ po świecie, ale chuj z tego skoro nawet w Kenii nie ma spokoju. Musi siedzieć w pokoju hotelowym i słuchać wypalonej zawodowo Graży, która ma zawsze napięty skedżul a jutro ma meeting i zżera ją trema, więc dzwoni do niego, bo nie wie jak żyć. A on jej każe wierzyć w swoje marzenia i żyć aż do śmierci, podczas gdy jego żona pluska się w basenie i mógłby z nią tam robić ciekawsze rzeczy. O dziwo, okazało się że nie jestem jakimś romantycznym pojebem, gdyż reszta grupy wyszła z tych zajęć równie zniesmaczona/wkurwiona, co ja. Nagle okazało się, że do szczęścia nie trzeba grubego hajsu, wakacji w Kenii ze słuchawką bluetooth w uchu. Wystarczy wrócić do domu, gdzie ktoś na Ciebie czeka i opierdala za spóźnienie, bo obiad stygnie. Wystarczy mieć z kim pogapić się w sufit. Ważne, żeby było z kim jebnąć wszystkim, pojechać w Bieszczady i uwalić się razem w jakiejś knajpie przy szlaku. Jeszcze trzeba pojeździć razem na rowerach, polatać po lesie za wiewiórkami (albo uciekać przed nimi), pośmiać z puszczanych bąków, nażreć do nieprzytomności i zachwycić ładnym krajobrazem. Nawet jeśli to nie Kenia a wiocha gdzieś w Polsce.

Przechwytywanie

 

I w zasadzie to by było tyle.


Dobranoc.

 

22:46, hippiefunkytown
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 stycznia 2018
Rozmowy kontrolowane

Zaprosiła mnie od kuchni. Potknęłam się o jednego psa, ominęłam wiecznie wkurwionego kota, wdepnęłam w drugiego, rozlanego na wykładzinie psa. Pokazała mi palcem, że mogę usiąść tu, więc zgięłam się wpół i posadziłam tyłek. Jako że cierpię na chronicznie płaski poślad, szybko wyczułam iż coś jest nie tak. Posadziłam dupsko w miseczkę z granulatem dla kota.

- Bo kotka tu czasem przychodzi to jej kładę miseczkę, w razie gdyby była głodna.

Fantastycznie. Odstawiam miseczkę obok.

- No więc- zaczynam- tak jak mi pani radziła byłam w tej przychodni i właśnie wracam z tymi wynikami i tabelkami…

- Herbaty może się napijesz!- wykrzykuje z półobrotu L.

- Nie, dziękuję…

- Ale może jednak?

- No dobrze, poproszę…no i ten lekarz tam mi tłumaczył…

- Zwykła?

- Co zwykła?

- No herbata?

- No zwykła?

- Bo jak chcesz, to ci zrobię owocowej?

- Nie no, zwykła niech będzie…

- Ale dobrą mam, malinową i z dzikiej róży.

- Zwykła niech będzie..

- Ale jak chcesz to ci zrobię.

- No dobrze, to może tej malinowej…No i on mi tam pozaznaczał w tych wynikach kilka rzeczy i chciałam właśnie z panią, bo pani zna temat….

- No chyba, że wolisz zwykłą?

- No niech ta malinowa będzie.

- No dobrze….to co z tymi wynikami?

- No właśnie mówiłam, że tu wszystko mam i chciałam panią spytać odnośnie kilku wskaźników…

- A w jakiej szklance?

- Co?

- No ta herbata. W jakiej szklance chcesz? Dużej, czy zwykłej? A zrobię ci w dużej.

- No ok…

- Chyba, że wolisz w zwykłej?

- Nie no, jak pani uważa, co tam pani ma pod ręką…

- No ale ja się ciebie pytam…

- No niech duża będzie.

Zastyga, mruży oczy, zoomuje na mnie spojrzenie i niemalże nie poruszając ustami pyta:

- A może w kubku?

Ja pierdolę, przez ten czas zdążyłabym pojechać do Indii, zerwać własnoręcznie tę herbatę, wysuszyć ją na słońcu i wrócić…pieprzone kubki, miodowe duralex’y i herbatki owocówki…pieprzona polska gościna, Włocławek na ścianach i drzewko szczęścia na telewizorze. Chcę się tylko napić taniej herbaty z tesco, a właściwie nie mam na nią ochoty, bo smakuje jak tapeta (a wiem jak smakuje tapeta, bo jak byłam mała to zdarłam jej kawał ze ściany i zjadłam).

- Pani L., bo ja w chciałam zapytać o kilka wyników i co dalej z tym zrobić, bo to dość nowa dla mnie okoliczność, a pani już ma doświadczenie…

- W sumie to która jest godzina? Trzynasta! To co ja tu się w herbatki bawię. Kawusi się napijemy. Kupiłam pyszne ciasto w G., wyobraź sobie, że tylko 10 złotych za kilo. To wzięłam trzy. Przepyszne! Z bitą śmietaną, kokosem i migdałami.

Kokos, kurwa, przepychotka. Pamiętam jak mi matula na któreś urodziny sprawiła tort kokosowy. Zawsze miałam wątpliwości co do jej uczuć względem mnie, ale tamtego dnia zaserwowała mi deserową czarną polewkę. Worst party ever…

- A wie pani, kawy to bym się napiła…tak mi coś głowa zaczęła pulsować.

- A zwykłą?

Pulsowanie narasta…

- Co zwykłą?

- No kawę…zwykłą, czy sypaną?

Ja pier..ę, chyba mam mikro wylew…

- Jak zwykłą, czy mieloną? Co to jest zwykła kawa?

- No zwykła. Taka o!- podsuwa mi słoik z rozpuszczalną i potrząsa.

- To nie, poproszę tę mieloną.

Wsypuje mi czubatą łyżkę stołową. Na bogato.

-Tu masz, poczęstuj się…- podsuwa mi pod nos podejrzane, błyszczące kuleczki…- takie cukierki marcepanowe, sąsiadka przyniosła.

Marcepan. Kurz z cukrem. Umarłam i to jest moja wieczność w piekle.

Na krzesełko obok mnie wskakuje kotka. Spogląda złośliwie, odwraca się do mnie tyłkiem i zaczyna zajadać granulat i zajeżdżającą mokrą karmę z drugiej miseczki…podnosi przy tym prowokacyjnie ogon i co jakiś czas popiarduje…Stara już jest, to i zapewne nie kontroluje swego oka Saurona, nie mniej jednak przekonana jestem, że robi mi to po złości.

- Masz tu kochana ciasto- mówiąc to, wrzuca mi kawał wielkości pancernika. Nie przepadam za ciastami, szczególnie tymi z produkcji masowej. Nabieram kawałeczek. Maziowata paciaja rozłazi mi się po ustach. Próbuję zweryfikować smak: coś między kapuczino (tak: kapuczino) a sraczką rozbryzgową.

- Prawda, że dobre? Oni tam zawsze mają te ciasta w takich niższych cenach, bo to są ciasta po terminie ważności już.

Aaa, czyli jednak sraczka. Jesteśmy w domu.

- No więc , kochana…- kontynuuje L. zajadając się ciastem, którego większą część ma już na brodzie, pod nosem i generalnie wszędzie- tymi wynikami to się nie przejmuj, bo one często tak wychodzą, trzeba iść i zrobić jeszcze raz, ale to po sześciu tygodniach, a jeśli chodzi o tamte…

Dzwonek do drzwi. L. wypada z kuchni. Za chwilę z przedpokoju dobiegają mnie okrzyki o częstotliwościach słyszalnych tylko dla delfinów. L. powraca triumfalnie do kuchni, oznajmiając:

- Irenka przyszła z ciastem! Pamiętasz Irenkę? Irenka, chooo! Kawy czy herbaty?

- Herbaty!

- A w jakiej zwykłej, czy owocówki?

Utknęłam w pętli czasu.

 

22:10, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 grudnia 2017
Świąteczne życzenia

Jako że już zaczynają do mnie spływać pierwsze życzenia świąteczne- rymowanki, ściągnięte z neta, gdzie to się życzy „Mikołaja z wielkim…worem” (hue hue hue, takie to zabawne), to wnoszę że przygotowania świąteczne idą pełną parą. Trudno mi to obiektywnie stwierdzić, gdyż ponieważ Świąt jako takich nie obchodzę. Wierząca specjalnie nie jestem, mitologicznej magii świąt nie czuję i dla mnie jest to po prostu okazja do wypoczynku. W tym roku w doborowym towarzystwie, oglądając retro klipy na VH1, jak za starych dobrych czasów.

Świat osiągnął swój cel. Walczyłam z nim dzielnie przez 29 lat, ale każda zabawa w kotka i myszkę musi kiedyś dobiec końca. Skapitulowałam. Także wynik meczu ja kontra szeroko rozumiane Życie 0:1. Proszę Państwa, szykujcie order, to już oficjalnie stwierdzone: jestem martwa w środku. Dead, kurwa, inside. W zasadzie mogę się cieszyć, bo teraz nawet jakby ktoś chciał mi poczynić jakąś przykrość, to sorry: wewnętrzny rigor mortis.

 

dead1

 

 

Miałam przeczucia, że to nastąpi, ale wydarzenia ostatnich tygodni ostatecznie przelały czarę goryczy. Skończyłam niedawno 29 lat, więc mam już całkowite prawo, wznosząc szklankę z mocniejszym trunkiem stwierdzić: widziałam już wszystko. W przyszłym roku skończę 30tkę, i wtedy dopiero się rozkręcę, zobaczycie… w każdym razie ten rok przedstawił mi taką skalę ludzkiej podłości, że nawet ja sobie tego nie wyobrażałam- a wyobraźnię mam naprawdę plastyczną…widziałam już wszystko. Wzdłuż i wszerz i po skosie. Przejechałam się na ludziach, ostatnio ludzie przejechali się na mnie(czego mam pełną świadomość) i wiecie co? Nie czuję w związku z tym nic. Zero. W sensie, wiecie, powinno mi być przykro, albo powinnam być zła, zakurwić się tak soczyście, popłakać pod prysznicem, czy klęczeć w deszczu i krzyczeć do nieba. Mało tego! Momentami próbuję się zmusić  do jakichś ludzkich, ocierających się o empatię odruchów i…nic. Powiem więcej: sporo się ostatnio śmieję, szczególnie przez sen (zanoszę się, że ho ho). Bo już chyba tylko to mi pozostało. No more dragons left to slay.

I czuję się świetnie.

A piszę Wam o tym, kochani, żeby w ten niezgrabny sposób życzyć Wam udanych Świąt, jakkolwiek je spędzacie. Z rodziną, bez rodziny, przy karpiu, pierożkach z mąki kasztanowej czy innych gównach, które w zasadzie nie mają żadnego znaczenia. Osiągnijcie wewnętrzny spokój…nie mówię, że macie od razu umierać wewnątrz, aczkolwiek jeśli ktoś ma ochotę, to zapraszam bo aż sama zdziwiona jestem pozytywnymi stronami tego zajścia. Po prostu skupcie się na tym, co dla Was najważniejsze, żyjcie tak by było Wam dobrze- ale nigdy nie zapominajcie by nie krzywdzić przy tym nikogo, bo nikt Wam nie dał takiego prawa. Dbajcie o ludzi, których kochacie i trzymajcie ich mocno przy sobie. I patrzcie na świat z przymrużeniem oka, bo tylko to Wam pomoże przeżyć tę karuzelę szaleństwa.

 

 

 

P.S. Krótka piosenka o tym, co czuję.

23:15, hippiefunkytown
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 122