Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
sobota, 21 października 2017
Pogrzeb

Kościół.

No dobra. Ok to tu sobie usiądę, nie będę się rzucać w oczy. Ważne żeby nikt nie podszedł i nie zagadał, bo nigdy nie wiem co się gada w takich sytuacjach. No i żeby nikt obok nie usiadł, żebym nie musiała tego śmiesznego znaku pokoju przekazywać. Albo gorzej, jak ktoś rękę poda…Ok, to jeszcze pół godziny do mszy…sobie posiedzę…tutaj sobie posiedzę….nudzi mi się…pół godziny, co ja tu będę robić…brzydki ten kościół jakiś…niby po remoncie, to ciekawe jak wcześniej wyglądał…i te elektryczne lampki na monetę... kto to wymyślił w ogóle? Wrzucasz dwa złote i jeb, zapala ci się żarówka w chińskiej lampce i idziesz do nieba… 20 minut…aha, rodziny jeszcze nie ma a ja jak zwykle mistrz planowania czasu jestem za wcześnie… o, trumna jedzie…skromna taka…no ok…zamknięta na śruby motylkowe….kiedyś się gwoździem zabijało….no, pamiętam jak sąsiad umarł i komuś się przypomniało, że mu różańca nie wsadzili do trumny…i wyciągali przy nas te gwoździe, cyk różaniec i puk, puk, puk zamykamy piórnik z powrotem…takie czasy były…15 minut jeszcze…ciekawe do czego służy ten drewniany dzyndzel? Dobra, odłożę go na bok, chyba nikt nie widział, jak coś to już było urwane…

Msza.

Matko, jaki brzydki Jezus! Dopiero to zauważyłam, że tam za księdzem nie ma krzyża tylko jest wielki, obrzydliwy, zdeformowany Jezus. Z łapami jak bochny chleba. Nie, on chyba trzyma właśnie chleb…kto, na miłość boga, zrobił taką rzeźbę? Dobra, skup się, jest msza, pogrzeb…płakać nie musisz ale przynajmniej udawaj ostentacyjnie zadumaną…śmierć, przemijanie, żałoba, te sprawy…

On nie trzyma chleba, debilu, tylko dziecko! Czyli to nie Jezus tylko Józef…toć to parafia św. Józefa, głąbie…jak ty te studia zdajesz…dedukcja, level: ekspert… skup się na pogrzebie. Powinno ci być smutno…w sumie nawet jest…o czym ty myślisz…

Jaki brzydki, rudy dziecior… […] by zaraz zasapała, że jestem głupia, bo nie ma brzydkich dzieci, no ale babo weź spójrz i się nie wystrasz…ciekawe po kim…ok, dobra, namierzony…no genów to ty, człowieku, już nie rozsiewaj…

Ten Józef mi kogoś przypomina…ok, ma oczy jak obcy…i to dziecko w jego wielkich łapach…kto to dopuścił do wykonania? Skup. Się. Na. Pogrzebie.

♫Your own

Personal

DŻIZAS!♫

 

Posłuchałabym sobie depeszów. Jak wrócę do domu, to posłucham. Ja pierdolę, jesteś na pogrzebie, skup się na smutku, żałobie i rozdzierającej serce rozpaczy! Baba w ławce na godzinie 14 cię obserwuje. Wyczaiła, że się nie modlisz i nie robisz tych krzyżyków i innych znaczków…zacisnęła usteczka w dziubek…dobra, udawaj, że cię tu nie ma, wtop się w tło….wow, super, opuściłaś głowę…teraz cię faktycznie nikt nie widzi. Brawo.

 

Lech Wałęsa! Ten Józef wygląda jak młody Lech Wałęsa. Nie ten pampuszek z lat 90tych. Wczesny rocznik ’70. No i teraz mi się zgadza. Ten Józef. Józef. Józek. Józek, nie daruję ci tej nocy.

Ciekawe, co teraz robi Beata Kozidrak?

O! Jest i fotograf! Będą zdjęcia z pogrzebu, do albumu rodzinnego. „Tu trumna z lewej, a tu z prawej, a tu en face, ale paluchem przysłonięte”. Przypomniało mi się jak M. za dzieciaka poszła do kościoła z lampionem i w czapce Kelly Family  z wielkim pomponem. I tak, się zapatrzyła w tę swoją świeczuszkę, że sobie podpaliła pompona…tylko się nie śmiej….tylko się nie śmiej…gorejący krzak, gorejący pompon… no i zrobił mi zdjęcie. I chuj. Teraz będą do końca życia rozkminiać, co to za idiotka siedziała na ich pogrzebie i się śmiała…

 

Nie ma szans, na pewno nie pójdę do nieba. Co ja mam w głowie? Siedzę w kościele, zamiast się skupić, udawać przynajmniej, to rozkminiam teraz co z czasem wolnym robi Becia Kozidrak. Cicho…na tacę chyba zbierają. Je jebię, kto to wymyślił…tu pogrzeb, rodzina w żałobie a ten sobie chodzi i drobne zbiera…ciekawe, czy jak dziecko umiera i wszyscy są zmieleni emocjonalnie i zakryci smarkami i łzami po pas, to też zbierają? W sensie, ok, zawaliło wam się życie, ale może na tacę? Nie dam. Baba na 14tej widziała, że nie dałam…

 

Cmentarz.

 

Zimno. Mogłam się cieplej ubrać. Mokry ten piach, buty uwaliłam. Mam rysę jakąś na bucie. To pewnie pies. Wieje. Tamta jak się odjebała. W dupę sobie mogła to piórko z kapelusza wsadzić. I ten rudy dziecior. Całą mszę przegadał, że mame kiedy koniec, mame, po co tu siedzimy…mame, chcę do domu…ale w sumie lepsza nie byłam. Beata Kozidrak, ja pierdolę….oho, rudy chce do grobu zajrzeć…a zaglądaj, zaglądaj, skończysz jak moja babcia. Też tak zaglądała, bo chciała zobaczyć czy poprzednią trumnę będzie widać. No. I wpadła do grobu….beka była…no co? mnie bawiło…ale rodzina zmarłego już nas więcej na kawę nie zaprosiła. Babcia mówiła, że nie było widać tej trumny. Wierzę jej. Z bliska widziała.

Dobra, panie, pater noster i do domu. Zmarłej to już  i tak nie robi a my tu stoimy jak te cioły na tym wietrze…a tamten co się tak czai za tym drzewem? Nie. Litości. Będzie trąbka. Co ludzie mają z tą trąbką na pogrzebie? I pewnie Barka będzie….  A jak! Jest i Barka…przed meczami niedługo będą ją grać…

Aha, spoko, kwiatki składamy…Ok, kto rzucił wiązanką do grobu? To się na zewnątrz kładzie, idioto…dobrze, że nikogo tym krzaczyskiem nie zabił, bo dopiero by groteska była.  Zakpoują? Nie zakopują? Nie zakopują. Oki, to można się zawijać. Kondolencje, uściski dłoni. Narka. Nie, naprawdę dziękuję, nie mam  ochoty wcinać schabowych z okazji śmierci […]

 

 Na zadumę, będzie czas w domu.

 

 

 

 

11:59, hippiefunkytown
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 października 2017
Polityka niskich lotów

Mam taką pracę, że jestem niestety narażona na działanie telewizji publicznej. I tak codziennie ta propagandowa sieczka trafia do mojej głowy, gdyż choć usilnie nad tym pracuję to nie umiem jeszcze całkowicie wyłączyć się na świat zewnętrzny. Robię postępy, ale jeszcze długa droga przede mną.

Niedawno miała miejsce kolejna miesiączka smoleńska, podczas której telewizja publiczna postanowiła nadać jak zwykle transmisję na żywo z przemarszu dziadów. Jak zawsze postanowiono pozostawić włączone mikrofony, by nabożny tłum przed telewizorami mógł posłuchać pięknego bełkotu nabożnego tłumu drepczącego przez Warszawę. Tym razem jednak coś poszło nie tak. I nie chodzi mi wcale o rozmowę dwóch operatorów kamer, którym zimno jak chuj. Serce me zbolałe zdobył głos z tłumu. Głos szczerości i prawdy.

- O! Pan też tu? Na marszu? To świetnie! Zapraszamy, zapraszamy!

- Jaki marsz, kurwa, panie, wysikać się chciałem i teraz się wydostać nie mogę…

Mikrofony wyłączono a nasz bohater powędrował gdzieś, niesiony przez tłum.

I to mi trochę przywróciło wiarę w ludzkość. Wiarę dość nadszarpniętą, a po ostatnim weekendzie chyba już nic z niej nie zostało.

 

Jestem jednak dość naiwnym człowiekiem. Myślałam, że ludzie wraz z wiekiem nabierają jako takiego rozumu (i nie odnoszę tych słów do siebie, bo tu już raczej sprawa spalona). Wychodziłam z założenia, że ludzie w moim wieku mają już coś w głowie. „Coś” okazało się jednak szerokim pojęciem, za którym czai się krótkie acz treściwe: gówno. Za każdym razem, gdy myślę że widziałam już wszystko...

Prawdopodobnie każdy  z nas zaliczył kiedyś kosza. Ok, może i bolało, może i było nieprzyjemne, ale no litości. Odgrażanie, że się kogoś zniszczy, załatwi na cacy, wdepcze w ziemię i bieganie w furii niczym szynszyla na koksie, to coś czego mój umysł nie może pojąć. Nie wiem, stara już widocznie jestem i nie mieści mi się już więcej danych na dysku. Jestem człowiekiem dość leniwym i wychodzę z założenia, że życie trzeba sobie ułatwiać a nie komplikować. I ostatnio stosuję tę zasadę, co przynosi (przynajmniej mi) spore korzyści. Nienawidzę ludzkich melodramatów, szczególnie gdy wbrew własnej woli muszę brać w nich udział.

Nie znoszę również ludzi w typie w/w szynszyli na koksie. Takich, co to zadasz im pytanie a dostajesz dwugodzinny monolog nt. ich całego życia, przerywany, urywany, poplątany w wątkach z których każdy jest zaczęty a żaden nie skończony. Staram się dawać delikatne znaki (takim było położenie głowy w otwartej książce i agonalne jęczenie), ale jak ktoś jedzie na koksie samouwielbienia, to tego nie zauważy. Koniec końców odpowiedzi na moje pytanie nie dostałam, przyswoiłam natomiast tony wiedzy bezużytecznej niczym referendum w Katalonii.

Katalonia zresztą stała się pięknym i groteskowym symbolem minionego weekendu. Na własnej skórze doświadczyłam bowiem sytuacji pt. przyjmuję do wiadomości, ale nie uznaję. Jestem zbyt potężna, nic mi nie zrobicie. All you suckers suck my balls.

Katalonia jednak liczy 7,5 miliona mieszkańców  a nasza grupa rozbitków ma nieco więcej niż najmniejsze miasto świata. Przewodnictwo takiej grupie i traktowanie siebie jak pępka świata jest, nie oszukujmy się, dość symboliczne i myślę, że osiedlowa rada żuli miewa bardziej wstrząsające posiedzenia. Ale, że moje życie byłoby zbyt szare, gdybym nie znalazła się w scence rodem z Latającego Cyrku Monty Pythona, to nie dość, że Nakoksowana Szynszyla odmówiła abdykacji, to rozpoczęła teorie spiskowe, układowe, opozycyjne, walki o stołki, szepty, podszepty, przeciąganie na swoją stronę, podsłuchy, pluskwy i ogólnie, momentami strach wychodzić na ulicę po zmroku. Tylko patrzeć jak na naszych przyszłych spotkaniach kolejne osoby zaczną znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Myślę, że pierwsza będę ja. Myślę, że sobie przegwizdałam...

 

Likeigiveafuck_ba2985_3341638

 

 

Śpijcie spokojnie. Póki możecie.

23:01, hippiefunkytown
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 września 2017
Urlop

Wróciłam z urlopu. Chyba jest coś w stwierdzeniu, że taki urlop, jak się pracowało. Pogoda nam dopisała, gdyż ponieważ świeciło nam słoneczko i było dość ciepło.  Najważniejsze jednak, że miałam okazję odpocząć i poukładać sobie w głowie pewne sprawy, szczególnie jedną. I myślę, że mi się to udało, co bardzo mnie cieszy, gdyż doszłam już do etapu, w którym już mnie nie boli, a nawet zdarza mi się nad tym wszystkim uśmiechnąć. I o to chodziło.

O urlopie jako takim chyba nie jest za wiele do pisania. Lubię łazić. Największą karą jaka mogłaby mnie spotkać to dwa tygodnie w kurorcie, przy basenie. Słońce, piasek i leżenie z dupą do góry nogami, to nie dla mnie. Piekło, w jakim zapewne wyląduję po śmierci to będzie piękna grecka wyspa, pełna Polaków z reklamówkami biedry, parawanów i leżakiem przy basenie (dodam tylko, że nie umiem pływać) i jebitnie przemiła obsługa dopytująca, czy skoro jestem z Polski to bym nie chciała parówki na śniadanie.

Miałam zatem okazję, żeby połazić, powłazić, pozłazić. Najpiękniejsze było to, że szlakami, którymi wędrowałyśmy poruszało się niewiele osób. Raz na jakiś czas trzeba było dobić się do cywilizacji. Choćby po to, żeby zdobyć jakieś suweniry  z wyjazdu. Okazuje się jednak, że świat poszedł daleko do przodu a moim skromnym zdaniem, to zaczął się uwsteczniać, gdyż zdobycie widokówek okazało się równie trudne co znalezienie suchych gaci na dnie morza. Tak, no cóż… jestem  tym żenującym człowiekiem, który nadal wysyła widokówki. Bardzo też lubię je dostawać, a że dostaję je rzadko (żeby nie powiedzieć- nigdy), to przynajmniej mam za czym tęsknić.

Stanęłyśmy w centrum miasteczka i ogarnęłyśmy je wzrokiem. Nie było to trudne, gdyż wystarczyło po prostu stanąć na chodniku i się rozejrzeć. Jeśli czegoś nie było widać, to wystarczyło się lekko wychylić. Dwa obiekty zostały namierzone: poczta i księgarnia. Poczta z biegu odpadła, gdyż jest to ostatnie miejsce, w jakim można dostać widokówki. Na poczcie można kupić obrus, zlewozmywaki, spinki do prania, ponczo przeciwdeszczowe, książeczki z piosenkami Małego Patrioty, encyklopedię zdrowia, spinacze, guziki, okulary, znicze,  buliontekę wołową Knorr, pierdylion książek kucharskich siostry Anastazji, Ba! Można tam nawet wziąć kredyt. Ale widokówki nie uświadczysz. Z kartek dostaniesz tylko okolicznościowe, ale średnio widziało mi się wysyłać znajomym kartki z najlepszymi życzeniami z okazji przejścia na emeryturę, lub kondolencjami z powodu utraty bliskiego. Weszłam zatem do księgarni, w witrynie której zobaczyłam mapy i przewodniki. Ukłoniłam się ładnie pracującej tam pani, poprosiłam o długopis, żeby na wejściu kobiety nie zabić i dopiero wtedy zapytałam o widokówki.

- Co??

- Widokówki…czy są?

(cisza…wymiana spojrzeń)

-Wido…no gdzie! No jak? Nie ma przecież…

No przecież.

 

Widokówki ostatecznie się znalazły. Blisko 20 km dalej, na drodze szlaku, którym wędrowałyśmy. Wysoko nad poziomem ziemi, schowane niczym najcenniejszy skarb, tylko dla wytrwałych. Brzydkie jak noc listopadowa. Wiszące tuż obok jeszcze brzydszych magnesów. Takich najbrzydszych na świcie. Szkaradnych tak, że patrząc na nie zastanawiacie się czy nie opłacałoby się bardziej samemu zrobić zdjęcie, zamówić przez allegro laminarkę do zdjęć, poczekać tydzień na dostawę, wywołać zdjęcie i ja zalaminować, przyczepić do magnesu i zajebać na lodówkę. Tak szkaradne były te magnesy. Niestety, w jakikolwiek zakątek Polski byście się nie udali, wszędzie stoją te same stragany. I mimo mych najszczerszych chęci kupienia czegoś ładnego, miłego dla oka…jakiegoś słoiczka z miodem, którego i tak nie zjem, ale przynajmniej będzie ładnie wyglądał na półce, nie wiem… czegoś po prostu ŁADNEGO…. Okazało się, że jedyne co mogę sonie kupić, to maska Pawła Kukiza/Ronaldo/Adriana, strzelające coś, co się rzuca ludziom pod nogi i to wybucha i jest śmiesznie (w chuj), drewniane otwieracze do piwa w kształcie członka, lub spinnery (no, kurwa, łał). Skończyło się na kilku widokówkach i małym magnesie (tak małym a tak drogim, że dupa pęka na pół).

Z wydarzeń ciekawszych okazało się, że nasz pies lubi wędrówki po lasach, wzgórzach i górach. Jeszcze bardziej lubi zjadać to, co tam znajdzie, w szczególności sarnie bobki. To znaczy wydaje mi się, że były to sarnie bobki, ale równie dobrze, mogły to być kaki lisa czy innej zwierzyny. Nie znam się na dzikich zwierzątkach a co dopiero na ich kupach, nie mniej jednak Pasożyt wchłonął pokaźną ilość tychże i był z siebie bardzo dumny.

Wiem również, że gdyby coś mi się stało, to mój pies w swej ogromnej miłości, poświęceniu, wierności i ślepym we mnie zapatrzeniu, nigdy mi nie pomoże. Gdy zawdziałam swym trzewikiem r. 41 o korzeń, to w locie, tuż przed dość bolesnym upadkiem, zdążyłam  zarejestrować jak ta mała czarna dupa, widząc jak lecę, już toruje sobie drogę ucieczki przez krzaki.

I powiem Wam jedno. Ładny mamy ten kraj. Fakt, ludzie są zjebani. Ale jest co oglądać. I jest co podziwiać. I jest nad czym się zachwycić. Wprawdzie opowiadanie komuś, że się wędrowało z plecakiem przez śmierdzące gnojówką wioski, gdzieś na końcu Polski nie jest zapewne tak spektakularne jak opowieść o samotnej wędrówce u podnóża barcelońskiego Tibidabo… Ale te opowieści zostawmy fanom pierożków bezglutenowych.

 

 

 

 

 

 

  

 

 

 

 

 

14:12, hippiefunkytown
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 121