Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
czwartek, 11 sierpnia 2016
Bez tytułu

DSC_07892

 

No cóż…każda historia dobiega kiedyś końca. Ważne, by z każdej historii wyciągnąć jakieś wnioski. Moja babcia mówiła, że od każdego, nawet najgłupszego człowieka można się czegoś nauczyć. Więc staram się, choć nie zawsze jest to łatwe.

Są momenty, kiedy szczerze nienawidzę swojej pracy. Szczególnie kiedy wiem, że ludziom, z którymi przebywam nie zostało już dużo czasu. A wiem, bo widzę. Bo po jakimś czasie umie się to rozpoznać. I wtedy już nie ma sensu mówić: będzie dobrze, a trzeba to zamienić na jeszcze chwila i będzie dobrze.

Któregoś upalnego dnia  przyszłam do Pana Z. totalnie zmęczona, wkurzona, bez jakichś większych chęci do rozmowy. Gdy tylko mnie zobaczył, wyciągnął małe, pogniecione zawiniątko. W środku był lekko zdezelowany ptyś, którego Pan Z. dostał rano, a którego to zawinął pieczołowicie w chusteczkę i czekał aż przyjdę, by mnie poczęstować.

- Ja swojego już zjadłem, ale tego schowałem dla pani.

Wiedząc, jak bardzo lubi ptysie, podzieliłam go na pół, włączyłam jedną z ulubionych płyt Pana Z. i tak sobie żuliśmy te pogniecione ciastko.

Więc jeśli się czegoś nauczyłam, to że czasem małe, proste rzeczy, przynoszą największą radość i warto się nimi cieszyć i dzielić.

 

 

To panienka puści coś, bez smęcenia żeby było.

 

11:35, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
niedziela, 31 lipca 2016
Wszystkie nasze matki #2

- Jak ty pakujesz te zakupy! Boże kochany, przecież nie tak! Jajka muszą na sam wierzch iść, bo się pognietą. Byś mogła pomyśleć czasami a nie...jak mama nie spakuje to o, takie efekty właśnie. Pchasz do tego plecaka byle tylko pchać a nie pomyślisz, żeby jakoś to poukładać logicznie. Boże, dorosła kobita. Tu niby taka dorosła, taka mądra w każdym temacie a zakupów nie umie spakować. Nie bierz reklamówki! Tak się mówi, tu siedem groszy, tam siedem groszy i się uzbiera. W domu pełno reklamówek, to trzeba było wziąć którąś i byś się zapakowała jak człowiek. No ale mama nie wzięła, to nie ma. Wszystko na matki głowie. Ja nie wiem, jak ja kiedyś oczy zamknę, to ty zginiesz…

2.5 godziny później.

-... i teraz prać trzeba będzie, bo przecież na pewno się wszystko klei. No gdzie mi to do pralki ładujesz, w pralce plecaka prać nie będziesz, bo się wkręci jakiś sznurek w bęben i pralkę trzeba będzie naprawiać, a ty myślisz że co, że ja mam maszynkę do robienia pieniędzy, żeby teraz pralkę naprawiać. Zresztą gdzie ja teraz fachowca znajdę. Kiedyś był ten Waldek, co naprawiał, ale ja wiem, czy on jeszcze naprawia? Dwanaście lat minęło. A nawet bym do niego nie zadzwoniła, bo numeru nie mam. Kiedyś był w książce kucharskiej, ale oczywiście coś tam już musiałaś grzebać bo nie ma. I nie mamrocz tam pod nosem, bo jakoś dziwnym  trafem, wszystko znika a ty niewiniątko i nie wiesz co się stało. Krasnoludki przyszły i zabrały. Wypakuj ten plecak…boże ile piasku, co ty jak dzidzia, w piaskownicy się bawiłaś. No chyba w piaskownicy się bawiłaś, tyle piachu. I ty mi to do pralki chciałaś wsadzić, boże, byś mi pralkę popsuła a później zęby w ścianę, bo by reszta pieniędzy na naprawę poszła. Ile tej wody lejesz! Przecież połowa tego by wystarczyła. Ale ty masz gdzieś, bo to nie za twoje to o, lejesz ile wlezie. Za ciepła ta woda, letnia miała być a ta jest ciepła a nie letnia. Odsuń się, ja to zrobię. Powiedziałam odsuń się, bo jak widzę jak ty masz zamiar prać to ja na rachunek za wodę nie zarobię. Boże, cały tydzień zapierdzielam w robocie, człowiek odpocząć chciał w weekend, to nie, sierotę wychował, ja nie wiem jak ty beze mnie żyć będziesz. Łoojezu, moje plecy, łupie mnie w krzyżu, lekarz powiedział, że w tym roku już na zabiegi się nie dostanę, bo wszystko zajęte. Kazał odpoczywać i się nie nadwyrężać, to proszę, stara matka musi dzidzi plecak prać. Pot się po tyłku leje a człowiek o, musi zapierdalać jak ten kuń pociągowy….Ziemniory lepiej idź wstaw na gaz. Tylko nie odkręcaj tak na całe jebut tego gazu bo mi ucha poupalasz. A ty tak odkręcisz na maksa, byle już, byle szybko. I później czorne się robią i matka z zębami na wierzchu siedzi i szoruje te gary, bo jak obesrane wyglądają. Bo byś spakowała te jajka jak człowiek...

 

Ludzie, pamiętajcie, pakujcie odpowiednio te jajka…

 

 

 

13:10, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
W niedzielę rano...

Mam taką skromną teorię, że wraz ze wzrostem temperatury ludzie zachowują się coraz mniej racjonalnie. Jak ten pan, który jechał rowerem pod prąd i w którego wjechałam. I który do końca (a może i do dziś), nie rozumie co się stało. Albo jak sąsiad Z., który przy 37st. postanowił, że dostanie zawału, gdy akurat karmiłam kota. No ludzie, żar wali z nieba, kot drze mordę, człowiek lepi się sam do siebie a ten postanawia mieć zawał. Dramat. 

Robiłam zakupy ostatnio w biedrze. Załadowałam sobie elegancko koszyk, podążam do kasy i czekam w długiej kolejce. Bo wiecie jak  to jest: jak tak to wszyscy popierają niedziele wolne od handlu, a jak przychodzi co do czego, to dwadzieścia osób w ogonku. Wyłania się wiecznie wkurwiona kasjerka, rzuca wściekle rękawicami i wypowiada magiczne hasło:

- Zapraszam do kasy...

Ludzie na to hasło pierdolca dostają. Babol stojący przede mną wrzuca wózkiem na wsteczny. Przy jej gabarytach powinna zacząć pikać przy wycofywaniu, czego niestety nie robi i ładuje się kopytem w "obczasie" prosto na mnie, rzuca krótkie "ojej" i pędzi w stronę kasy. Spoko, krzyż na drogę. Ja kasy nie zmieniam, bo wtedy albo kończy się papier, albo trzeba zrobić storno, albo nie ma drobnych, albo bułka jest 3 grosze droższa niż na etykietce. Wykładam wszystko na taśmę i pada sakramentalne: 

- Terminale nie działają, płatność tylko gotówką.

...Dobra, zawijamy wszystko do koszyka. Chowam koszyk za regałami, idę wypłacić gotówkę. Mijają trzy minuty. Wracam, patrzę a jakiś dziad leśny grzebie w moim koszyku. Bo nie daj boże mam coś, czego już na półce nie ma. Albo coś tańszego niż on ma. Albo, kurwa, złoty pociąg z Wałbrzycha.

- To je moje...- powiedziałam cichym, niepewnym głosem, bo w zasadzie nie wiadomo czego się spodziewać po kimś, kto grzebie komuś po koszykach.

Dziad się oddalił, zabrałam koszyk i zaczęłam drugie podejście do lądowania przy kasie. Ludzi oczywiście pełno, bo akurat msza się skończyła. Znajomy smrodek wisi w powietrzu. Pani Walewska pomieszana ze środkiem na mole i wżartym w ciuchy i pory skóry potem. Dzwoni telefon. Kasjerka wyciąga i tłumaczy panu Zdziśkowi od dostawy, że zaraz przyjdzie rozładować ciężarówkę, niech czeka. 

Najmocniej śmierdzący potem Dziad w rozpiętej koszuli ukazującej jego owłosioną, obwisłą klatę wychyla się i tubalnym, pełnym świętego oburzenia głosem intonuje:

- W pracy przez telefon nie rozmawia się!

W niedzielę, o 10 rano ludzi nie wkurwia się. Za jego czasów, w epoce paleolitu, zapewne się nie korzystało z telefonów. Świat poszedł do przodu, ale Dziad został tam, gdzie był. Dojrzał, nabrał na mocy jak ser pleśniowy i wkurwia. Kiedyś w jednym z marketów, młoda dziewczyna poradziła podobnemu Dziadowi, żeby jeszcze się po podpaski cofnął, bo chyba mu się okres zbliża. Ja jednak nie komentuję, bo nie ma co smrodu ruszać. Ja chcę tylko stąd wyjść i zjeść porządne śniadanie. I położyć się i nareszcie  odpocząć, bo mam tyle rzeczy do nie zrobienia, tyle telewizji do nieobejrzenia, tyle gazet do nieprzeczytania. 

 

 

***

 

Wracam. Jemy śniadanie. Brzuch zaokrąglony w piłeczkę, co nie przeszkadza w obmyślaniu tego, co zrobię na obiad. Tępy ból głowy, jak zawsze w weekendy, neutralizuję solidną kawą i planuję złożyć się w kulkę i zasnąć.

- A pójdziemy na zakupy?

To pytanie automatycznie opróżnia moje płuca z powietrza. 

- Przecież jest wszystko.

- No nie..bo jeszcze kilka ważnych rzeczy nie ma. A muszą być.

- Muszą?

- Muszą. Uzupełnimy zakupy i będzie spokój na jakiś czas.

- Ale to konieczne?

- No konieczne i niezbędne.

I poszłyśmy po konieczne i niezbędne zakupy. I kupiłyśmy.

 

 DSC_0783

 Tak było.

 

 

 

12:21, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114