Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
czwartek, 19 stycznia 2017
Dementi, czyli Kortezów ciąg dalszy

Wczorajszy wpis o Kortezie przyniósł spory odzew ale wszystkich (łącznie z samą sobą) przeszła Grafomanka, której komentarz był tak długi, że odpisując na niego postanowiłam zrobić osobny wpis.

Droga Grafomanko i reszto świata,

Z wychodzeniem na fajkę zawsze tak jest, że się wychodzi i się znika. Niektórzy jak wyjdą na szluga, to po 20 latach wracają. Wstyd się przyznać, ale za czasów gdy paliłam (a były takie czasy), to wyjście na fajkę było świetnym powodem, by urwać się z miejsca w którym nie chciało się być. Tak, wiem jestem straszna, ale zdarzało mi się że nie bawiąc się najlepiej oznajmiałam iż wychodzę na faję i…szłam do domu. Gangsterskie życie.

Gratuluję udanego Sylwestra. Czasem mam nawet takie rozkminy, żeby spędzić go gdzieś, wśród ludzi, bawiąc się i wirując na jakimś dancyku, nie mniej jednak wtedy zaczynam rozważać wszelkie „za” i „przeciw”, a szczerze mówiąc to zaczynam od „przeciw” i na tym kończę. Pierwszą rzeczą, jaką biorę pod uwagę jest obecność innych ludzi. I to zasadniczo wystarczy. Nie oszukujmy się, żadna ze mnie istota społeczna i unikam skupisk ludzkich na tyle na ile to możliwe. Do tego stopnia, że skorzystałam z możliwości przekierowania wysłanej do mnie przesyłki do punktu odbioru. Byle tylko nie musieć rozmawiać z kurierem…. Takim jestem człowiekiem. Wracając z psem ze spaceru, jeśli widzę że ktoś wchodzi/wychodzi z klatki zawracam sierściucha i robimy dodatkową rundkę. Byle tylko nie musieć z nikim rozmawiać. A czasem kiedy muszę do kogoś oddzwonić to jestem szczęśliwa gdy nie odbiera i uważam, że trzy sygnały połączenia wyczerpały wszelkie możliwości skontaktowania się. Jakiś czas temu mijałam na ulicy małą dziewczynkę, na oko z 6 lat,  która szła z mamą. Mała miała naciągnięty na twarz szalik, który zakrywał jej oczy i tak kroczyła trzymając matkę za rękę. Matka w pewnym momencie zauważyła to i mówi:

- Zejmij ten szalik, niczego nie widzisz przecież…

Na co młoda:

- Nie! Tak będę szła, nie mam ochoty patrzeć na ten świat!

Mój człowiek.

 

Kortez. I ta część skierowana jest również do punktpotrójny. Ja mam świadomość tego, że to taka muzyka zrobiona z pełną premedytacją, żeby człowieka przecisnąć przez emocjonalny magiel. Ckliwe to to i melodramatyczne, no i te teksty….no sorry, ale czym do grzyba Wacława są „imbirowe przyszłości o smaku kabli”?! Mogę mieć zespół napięcia i płakać oglądając szczeniaczki i prognozę pogody (tak, popłakałam się na prognozie pogody), ale tego to już nawet ja nie przełknę. Ale w zasadzie, jak sobie gdzieś tam w tle leci to nawet, nawet…

Byłam na koncercie Taco. Ogólnie lubię człowieczka, bo nie oszukujmy się- zapewne Himalaje prawilnych rapów to zapewne nie są, nie mniej jednak miło się tego słucha. Wolę tekst „jesteś jak nieoczekiwany zwrot podatku” niż Chada i „Czas rozliczeń”. Swego czasu M. lubowała się w tym utworze. Przyszła kiedyś do mnie i mówi, że puści mi zajebisty kawałek. A że zaczyna się on od słów:

Masz tu 40 wersów, każdy z nich zaboli
Najchętniej ruro widziałbym cię w ciuchach z czarnej folii”

to przez jakiś czas trochę się obawiałam przyciąć komara w jej towarzystwie.

Chcę również, korzystając z sytuacji, zdementować jakoby mój piesek był „wałeczkiem okrąglutkim” i „pigułeczką na malutkich łapeczkach”. On dorasta! Najpierw masa, potem rzeźba.

I to by było na tyle. Wyczerpałam limit socjalizacji internetowej na dziś. Poza tym mój rosnący, po raz setny, ząb mądrości postanowił przysporzyć mi bólu głowy, szyi, gardła i uniemożliwić spożywanie czegokolwiek, co oznacza że moje plany na wieczór, to położyć się spać i obudzić za rok.

Dobrej nocy.

 

19:50, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
środa, 18 stycznia 2017
Kortezy i inne melodramaty

Witam Was serdecznie po długiej przerwie. Przerwa ta wynikała z faktu, że sporo się u mnie działo a nawet gdy się nie działo, to nie miałam za bardzo ochoty siadać przed świecącym prostokątem. W Święta miałam nawet poryw by złożyć Wam życzenia , ale biorąc pod uwagę, że w zasadzie Świąt nie obchodzę, to pomysł umarł śmiercią naturalną, gdyż byłoby to równie szczere jak stwierdzenie Beaty Sz. że polska demokracja ma się dobrze.

Witam Was zatem w nowym roku. Nie wiem jak Wy spędzaliście Sylwestra, ja pobiłam swój osobisty rekord. Po napchaniu się żarciem jak dzika kuna w jagodach poszłam spać i obudziłam się o 23:56. Ziewnęłam, mlasnęłam, Krzysztof Ibisz darł entuzjastycznie mordę w tv. Podrapałam się po…brzuchu i stwierdziłam że ewentualnie można by wytoczyć się na balkon i pooglądać fajerwerki. Opatuliłam się jak starowinka na Syberii, wypełzłam na balkon…zimno się zrobiło, więc wróciłam do mieszkania otworzyłam wino (nie mam już zdrowia na ruskiego szampana) i przysięgam, że nie wiem jak to się stało, że cała litrowa butelka wkrótce się opróżniła. Serio, nie wiem jak to się stało…

A co do nowego roku, to … no szału nie ma, dupala nie urywa. Nadrabiam zaległości książkowe i muzyczne. I na tych drugich chciałam się tu skupić. Nowinki muzyczne jakoś ciężko do mnie trafiają. Jestem pod tym względem dość oporna, i nawet gdy moja ulubiona kapela reaktywowała się po latach przerwy, to około dwóch lat zajęło mi przełamanie się i przesłuchanie ich nowego krążka. Oczywiście później plułam sobie w brodę, bo krążek okazał się zajebisty. Ale że nie wyciągam wniosków ze swojej permanentnej głupoty, to nawyk ten nadal pielęgnuję. Jednak ostatnio jadąc autobusem i słuchając po raz setny tych samych kawałków stwierdziłam że potrzebuję czegoś nowego. I tak, wiem że teraz ściśniecie ze mnie bączka, ale postanowiłam sprawdzić: o co chodzi z tym całym Kortezem??

Nie, no ludzie, takich rzeczy się nie robi. Szczególnie babie z zespołem napięcia. A to wszystko przez A. która niemal wymusiła na mnie przesłuchanie jednego z utworów, twierdząc że nie ma bata, na bank mi się broda zatrzęsie. No co jak co, ale ja nie taka pierwsza do trzęsienia brody, więc tego Korteza odpaliłam….Jechałam autobusem, zapychając się ciastkami czekoladowymi i dość szybko nos zawalił mi się smarkami a oczy się spociły. Ludzie no litości, taki melodramatyczny gniot wyzwolił ze mnie babę pospolitą. Słuchałam „Od dawna już wiem” z miliard razy, skowycząc mym głosem wewnętrznym razem z panem "i kłam, i kłam i kłaaaam…”. To straszne co hormony robią z człowiekiem... bo oczywiście przypomniały mi się wszelkie me sercowe niepowodzenia i z głową opartą o szybę autobusu, czułam się jak bohater kiepskiego teledysku...

anigif3

I ja, k…a, czułam jego ból i rozumiałam i po prostu życiowe katharsis w autobusie…Także, droga A.: nienawidzę Cię oficjalnie.

Mam jednak pewną uwagę co do hitu pana Korteza „Z imbirem”. Ja byłam święcie przekonana, słysząc tę piosenkę w radio, że on tam śpiewa: tiiim di rum. Wiecie, taki pierdoletowy ozdobnik, takie zbędne sibą sibą, szala la, czy inne bum cziki bum. Dopiero później mnie uświadomiono, że on tam śpiewa „z imbirem”. Bez sensu. Moja wersja podobała mi się bardziej. I nie przekonuje mnie argument:  ale jak może być tiiimdi rum, skoro on tam nie wymawia „t”? Bo to jest nieme „t”…

 Ale że cierpię na ciekawą przypadłość jaką jest synestezja i podczas słuchania muzyki widzę kolory, to płyta pomimo tego melodramatycznego tonu dla podstarzałych kur domowych, przypadła mi do gustu, bo ma ładny, niebieski kolorek.

Drugim krążkiem, który postanowiłam sprawdzić jest bijący wszelkie rekordy O.S.T.R. ze swoim Życiem po śmierci. A właśnie tak, bo ja jestem otwarta na wszelką muzykę i co najwyżej później stwierdzam, że coś zdrapuje gówno z dna Rowu Mariańskiego. I muszę szczerze przyznać, że nie dziwię się że płyta zgarnęła podwójną platynę, gdyż jest naprawdę świetna. Ale nie będę się tu nad nią rozpływać, gdyż jak ktoś chce to posłucha sam.

I tak, lubię rap a w grudniu byłam nawet na koncercie hip hopowym. I pomijając fakt, że czułam się ciut…co by tu ukrywać- staro wśród zjaranej ziołem gimbazy, to zabawa była przednia.

Na koncert Korteza nigdy nie pójdę. Musiałabym ubrać się w czarny płaszcz, umalować usta na wiśniowo i ściągnąć sobie na telefon apkę z płonącą świeczką, by móc rytmicznie machać nią i bujać się z tłumem jak banda hatifnatów. To już trochę za dużo jak na mą godność. No chyba, że kolejny litr wina….

21:07, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
niedziela, 11 grudnia 2016
Marchewka, czyli dzień w którym stanęło mi serce

Kiedy sanitariusze weszli do pokoju […] leżała na plecach i ostatkiem sił próbowała łapać powietrze. Gdy ją znalazłam jeszcze siedziała ale z upływem minut było coraz gorzej aż w pewnym momencie postanowiła sobie przestać oddychać, i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Pouciskałam jej klatkę piersiową aż do momentu, gdy zaczęła znów oddychać. Choć ciężko to nazwać oddychaniem. Brzmiało bardziej jak charczenie sarny potrąconej przez auto.

- Uuuu..ta pani już nie żyje…- zawyrokował sanitariusz

I tak sobie myślę: ale jak? Przecież leży i oddycha. Jako tako ale oddycha. Dwadzieścia minut z nią wojowałam, żeby tylko wytrzymała do ich przyjazdu  a ci jak gdyby nigdy nic, zarządzają zgon. Jakieś badanie, coś, cokolwiek, nic…

- Nic tu po nas, pani już dogorywa…

Staram się wytłumaczyć, że to się stało w trakcie obiadu, że może coś jej tam utkwiło, że gmerałam i dłubałam ale nic się nie udało wyjąć, że może oni by pogmerali…że przestała oddychać, ale udało mi się ją „naprawić’’, że ściskała mi dłoń gdy sprawdzałam czy kontaktuje i próbowałam podtrzymać ją w pozycji siedzącej, że wodziła za mną wzrokiem i słyszała co do niej mówię że może by coś, kurwa, zrobili…

- Nie, tu nie ma sensu już nic robić…

Wynieśli ją wreszcie do karetki, opowiadając sobie po drodze świńskie dowcipy. Po około dwudziestu minutach, któryś zdecydował że można ostatecznie pogmerać i sprawdzić co się faktycznie stało. Stałam w deszczu jak czop, marząc o papierosie. Jakoś tak mnie naszło, że bym teraz chętnie sobie zapaliła. Krążyłam wokół karetki zastanawiając się, kogo powinnam zawiadomić.

- Oooo, jak marcheweczkę z gardła wyjąłem to od razu pani kolorków nabrała! – dobiegło z wnętrza karetki. […] zaczęła jęczeć i chyba próbowała coś powiedzieć, ale nie dało się tego zrozumieć. Zabrali ją do szpitala na obserwację.

I teraz taka osobista  refleksja. Zdarza się co jakiś czas, że w mediach pada informacja o sanitariuszach, którzy podczas interwencji zostali zaatakowani, zwyzywani etc. I pomijając przypadki, w których agresorami byli ludzie naćpani, pijani, czy po prostu szukający przygody, myślę sobie, że rozumiem. Nie popieram, nie pochwalam ani też nie usprawiedliwiam. Rozumiem, że dla ratowników medycznych sytuacje, gdy ktoś umiera, są na porządku dziennym, że widzieli to milion razy, oswoili się i już ich to nie rusza. Chleb powszedni. Ale jeśli ktoś widzi, jak umiera bliska mu osoba a ci którzy powinni pomóc, delikatnie mówiąc: mają wywalone jajca i jeszcze są śmiertelnie poirytowani, że ktoś może być zdenerwowany i roztrzęsiony, błagając o pomoc… nie dziwię się,  że czasami dostają po mordzie. I prawdopodobnie zrobiłabym to samo, gdyby nie to że w tamtej chwili chyba na chwilę stanęło mi serce.

Więc jeśli, czego nikomu nie życzę, będziecie w podobnej sytuacji, pilnujcie ich.

Just sayin’…

P.S. Zawsze wiedziałam, że cała ta gadka pt. marchewka to źródło zdrowia, to ściema.

 

 

20:23, hippiefunkytown
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117