Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
wtorek, 09 maja 2017
Majowe

Długo zabierałam się do zrobienia kolejnego wpisu i przyznam, że niejako wymusiły to na mnie powiadomienia na fejsie o tym, że zaglądacie i sprawdzacie czy pojawiło się coś nowego. Kilka razy zaczynałam coś pisać, kasowałam, odkładałam na inny dzień a gdy ten dzień przychodził to okazywało się, że zasadniczo nie bardzo mam czas i ochotę by pisać. Jakoś tak nie mogę się zebrać do kupy ostatnio. A już mi tak dobrze szło…

Postanowiłam skasować konto na fejsie. Ot tak, po prostu szlag mnie trafił. Pomijając już fakt postów hejtujących wszystkich za wszystko, to obserwując treści udostępniane przez niektórych zaczynałam wierzyć, że część naszego społeczeństwa powinno się obowiązkowo wysterylizować. Nie wiem, co się ludziom w głowach porobiło ale chyba jest tam naprawdę pusto, że aż tyle głupoty jest w stanie się tam zmieścić. I już tyle razy przymykałam oczy na zaproszenia do gier, polubienia jakichś stron (co miało mi zapewnić otrzymanie za darmo: audi, domku z drewna i nowego iPhone’a), to już naprawdę w pewnym momencie pałka się przegła. Przebijając się przez stosy postów o tym, że „muzułmańce płyną na tratwach by nas mordować”, „bomba baryczna została podłożona przez ruskich”, „oto milion moich zdjęć w lustrze, maskujących mój kurewski brak pewności siebie”, stwierdziłam że wstyd mieć ludzi piszących takie rzeczy wśród znajomych. Zaczęłam przeglądać listę moich kontaktów i stwierdziłam, że większości tych ludzi nawet już dokładnie nie pamiętam, a jeśli nawet jakimś nierozsądnym zdarzeniem losu spotykamy się na ulicy, to raczej udajemy że się nie znamy. Inną kwestią jest to, że zaczęłam się zastanawiać czy ci ludzie są mi rzeczywiście w jakikolwiek sposób potrzebni do szczęścia. Zasadniczo nie.

Gwoździe do trumny były dwa. Pierwszy to dość poplątana wiadomość prywatna z pretensjami, że nie napisałam na łamach fejsa o pewnym (niezbyt miłym zresztą wydarzeniu w moim życiu). Wychodzi na to, że o tym że ktoś nam umarł należy powiadomić cały świat. Nie wiem, może powinnam była utworzyć wydarzenie, coś w stylu: Asia zaprasza cię na wydarzenie: […] opuścił ten świat. Spotykamy się w sobotę o 13.00, robimy sobie dready i skaczemy z wiewiórkami przez ognisko. Nie wiem, albo ze mną jest coś nie tak i nie nadążam za światem, albo coś się porobiło z kondycją psychiczną w narodzie.

Siedziałam z głową opartą o biurko na tyle długo by odgnieść sobie na czole wzorek z obrusu. „Cycki opadajo z szelestem”, jakby to powiedział Ryszard.  I gdy już chciałam się wylogować, wskoczyły mi najnowsze posty, w tym jeden ukazujący dość byle jakie (żeby nie powiedzieć: szkaradne), bezzębne dziecko z przyczepioną do podejrzanie wielkiego czoła kokardą, lśniącymi złotymi kolczykami i śliną cieknącą po brodzie , z podpisem: „największy skarbek Maminka i Tatinka”.         

Maminka.

I Tatinka.

Koniec.

I w ten oto sposób kupiłam sobie święty spokój. Konto założyłam nowe i znajomych mam 15. Takich, normalnych, stabilnych psychicznie (przeważnie), z którymi kontakt sprawia mi przyjemność.  Do tego polubiłam kilka stron z pieskami i kotkami i od tego czasu mam dobry nastrój. Ani razu, przeglądając fejsa nie rzuciłam pod nosem „ja pierdolę…”. Ba! Nawet sobie poprawiam humor oglądając grube piesełki zaparkowane pod sklepami. I to mnie jakoś trzyma w przysłowiowej kupie, gdyż ostatnio a lot of shit hits the fan Ale o tym już pisać nie będę.

Podczas majówki, podróżowałam z przyjaciółmi starym, zdezelowanym pociągiem po śląskich zapadłych mieścinach, które lata węglowej potęgi mają dawno za sobą. W naszym wagonie podróżowała z nami Baba, dziabiąca całą drogę przez telefon. Gadała i gadała, a raczej darła swój pysk. Raz po polsku, raz po niemiecku. Znacie ten typ: siedzi miesiąc „zagranico” i już nie pamięta jak się mówi po polsku. Baba opierdalała przez tenże telefon praktycznie każdego kto się do niej dodzwonił. Po polsku i po niemiecku (że po niemiecku, to sobie wydedukowałam sama, ale w zasadzie w tym języku wszystko brzmi jak zapowiedź wsadzenia komuś w tyłek potłuczonego szkła).

- Mama! Przecież ja ci tłumaczyłam o której będę na miejscu, ja pierdolę, ty mnie nie fersztejen! Dobra, nara, muszę kończyć, bo Helga jest na drugiej linii…

I zaczynała się niemiecka nawalanka. I tak nam mijała podróż w rozklekotanym wagoniku. Baba rozłączyła się z Helgą, by opierdzielić męża za to, że nie umie wytłumaczyć córce zadań z matmy, ani wytłumaczyć komuś  jak ma się przedostać z Anglii do Polski.

- No ja nie wiem, kurwa! Ja nie latam tymi liniami lotniczymi. Ja tylko Lufthansą! Skąd mam wiedzieć gdzie jest Brystol (wymowa oryginalna). Ja  pierdolę, no toć powinieneś wiedzieć gdzie jest Brystol. Ja nie wiem wo ist Brystol. Weź, kurwa, na mapie i sprawdź, gdzie jest Brystol.

- W papierniczym, kurwa…- skomentowała M. na tyle głośno, by Baba usłyszała, co wcale nie przeszkodziło jej w dalszym pluciu do słuchawki.

- Ja cię nie słyszę bo w pociągu jestem. W pociągu! Pociągu, kurwa, nie słyszysz? Ja cię nie słyszę! Musisz krzyczeć, bo ja Cię nie słyszę! Taki durny jesteś, że tego nie rozumiesz? OH MEIN GOTT!

Oh mein Gott…

Poza tym majówka była zajebista. A Katowice to piękne miasto i kiedyś tam zamieszkam.

A dziesięć lat temu zdawałam maturę. Pamiętam jak dziś. Pamiętam, że na pewno nie padał wtedy śnieg i nie chodziliśmy w zimowych kurtkach. Siedzieliśmy na ławeczkach i zaciągaliśmy się słońcem i fajkami, po 5,50 zł za paczkę.

 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                             

22:14, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 marca 2017
Jeden plecak i torba podróżna

 

Do powstania tego przyczyniła się zasłyszana w radio piosenka, której dawno nie słyszałam, a którą bardzo lubię. Przez lata jednak konsekwentnie jej unikałam, gdyż była to ulubiona piosenka bliskiej mi osoby, której dziś już  z nami nie ma. A wbrew pozorom masochistką nie jestem i nie lubię się zbytecznie katować. Zawsze więc, gdy słyszałam pierwsze takty, wyłączałam ją w cholerę, by uniknąć dość żenującego pokazu pt. nie uwierzysz jak szybko można doprowadzić kogoś do płaczu. Z góry więc uprzedzam, że niniejszy wpis do lekkich nie będzie należał, jeśli więc ktoś liczy na szalone dykteryjki to w tym miejscu już powinien skończyć. A resztę zapraszam na własne ryzyko.

Z racji tego, że mam już swój wiek, łapię się czasem na tym iż sporo rozmyślam o moim życiu. Poza oczywistymi stwierdzeniami, że nienawidzę ludzi, świata, idiotów i krzywo położonych płytek, przez które nie mogę się skupić i co kilka minut sprawdzam czy jakimś cudem się nie naprostowały…tak mnie naszło (uwaga, bo teraz się nakryjecie nogami), że jestem zadowolona z mojego życia i tego, w jakim miejscu się teraz znajduję. Ok, nie oszukujmy się zrobił człowiek masę głupich rzeczy w życiu…czasem nawet takich, do których przed samym sobą wstyd się przyznać i gdy dziś o tym myślę to zastanawiam się: Joanno, gdzie ty miałaś głowę. Odpowiedź jednak jest stosunkowo prosta: zapewne tam, gdzie zawsze czyli w d… Ale jestem niepoprawnym, naiwnym człowiekiem, który uważa że z każdego doświadczenia wyciągamy jakieś wnioski. Czasem zupełnie prozaiczne jak: nie można przytykać języka do ścianki zamrażalnika (serio, nie idźcie tą drogą...), albo że nie powinno się udawać drzewa przed przejeżdżającym patrolem policji gdyż (o dziwo!) jeszcze bardziej zwraca to na nas uwagę. Czasem konkluzje rozwiązują prawdziwe życiowe zagadki, jak na przykład ta po co w łazienkach niektórzy instalują dywaniki wokół klozetu. Rozwiązanie tej zagadki przyszło do mnie gdy po spożyciu nieprzyzwoitej ilości, niezbyt wyszukanego „wina”, spoczęłam w takiej oto łazience i dany dywanik okazał się świetną izolacją od zimna dla moich kolan.

Z czasem jednak, gdy coraz więcej siwych włosów sypie się po głowie, przemyślenia robią się głębsze. Mam 28 lat (28! A nie 29! Urodziłam się w grudniu, więc 28!) i od kilku lat mieszkam w Piernikowie. Gdy wyprowadzałam się z domu, opuszczałam go z zaledwie jednym plecakiem i torbą podróżną. Miałam tam spakowane najbardziej potrzebne rzeczy, bez których nie mogłam funkcjonować. Pamiętam jak bardzo ubolewałam nad faktem, że zostawiłam w domu tom wierszy Leopolda Staffa (tak, k..a, czytam wiersze, takie ze mnie dziwadło). Więc „ktoś” mi je podesłał, żebym więcej nie jojczyła jak mi źle w życiu. Plecak i torba… Dziś nawet książki by mi się w to nie zmieściły. Bo jakoś, drobnymi kroczkami przeszłam bardzo długą drogę. I sporo się w trakcie tej podróży nauczyłam. Wiem przykładowo, komu mogę ufać i na kogo liczyć. Może nie jest to duży tłumek, ale wierny i oddany. Wiem również, których ludzi należy unikać. Przykładowo takich, którzy na randkę przychodzą odstrzeleni w dresy adidasa (serio: czapeczka, koszulka, spodnie, buty) i otwierają człowiekowi piwo zębami (worst date ever).

Kocham moją Rodzicielkę. Naprawdę. Jestem jej wdzięczna za kawał ciężkiej roboty, jaką włożyła w wychowanie mnie, a nie była to łatwa robota. Nie mniej jednak wspólne przebywanie z nią pod jednym dachem zaczęło przypominać zamknięcie w klatce dwóch wściekłych psów. Z moim metabolizmem na poziomie ameby, unikaniem wszelkich konfliktów, konfrontacji, zbędnych dyskusji niemożliwą okazała się nasz kohabitacja. Jak już się staje naprzeciw kogoś z pobożnym życzeniem śmierci, to znak, że trzeba spakować plecak i torbę i wynieść się gdziekolwiek. I tak też stało się ze mną. Bo wiecie… może być tak, że kogoś kochacie ale go nie lubicie…

Być może ktoś, kto spojrzy na mnie z boku stwierdzi, że powinnam żyć bardziej, mocniej, szybciej... ruszyć się z miejsca, mieć więcej aspiracji. Być fit, git i hit. Zakurzać osiem razy w tygodniu na krosfity, kardio; jeść jarmuż, hummus, prać w orzechach, biegać, pływać, pić zieloną kawę (smakuje jak ziemniaki z parownika) i inne bzdury. Podróżować, zmieniać lokum, szukać, badać, biegać… Ale mi jest dobrze tu gdzie jestem. Po tylu latach totalnego rozpierdolu w moim życiu, braku stabilizacji, obawą przed tym, co znowu w najbliższym czasie się spier… lubię tkwić w miejscu. Lubię moje szare, nudne czasami życie. Ważne żeby przeżyć je w odpowiedni sposób. Nie szkodzić innym, nie wkurwiać, nie robić pod górę, pomagać, a jak się nie da, to po prostu nie przeszkadzać. A jeśli ktoś postanowi Was opuścić „w ten chmurny dzień słotny” to dajcie mu odejść, bo na siłę i tak nikogo nie zatrzymacie. Nie stresować się za bardzo, bo naprawdę większość rzeczy nie wymaga dramatyzmu i zbytniej atencji. Świat się nie zawali jeśli olejemy kilka rzeczy. A my będziemy zdrowsi. I nawet jak zjebiemy kilka rzeczy… no hej, zdarza się najlepszym. Trzeba wziąć szufelkę i wszystko ładnie pozamiatać. Uwierzcie mi, bez zbędnej spiny. Słuchajcie dobrej muzyki (jeśli takiej nie znacie, to piszcie do mnie). Pijcie dobre wino (nie takie po 4 złote i nie na czas, i nie rozrabiane z colą i kwaskiem cytrynowym chochlą w garnku, bo garnek się odbarwi na amen). I miejcie czasami wszystko w dupie. Bo raz się żyje. I raz umiera.

A tym wszystkim, którzy wytrzymali moje depresje, złamane serca i inne ekscesy chciałabym podziękować. Magic, Huragan Katrina., P+G, Pansa, Tak Zwany Ryszard, AnPie i oczywiście N.(która się zasapie, że na końcu, ale najmłodsza, więc sorry…). No i J.ej.

A piosenka jest dla G. która mnie ta piosenką katowała do obrzygania i za którą tęsknię.

 

 

 

14:15, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 marca 2017
O zębach i ding dongach

Powoli robi się ciepło. Wszystko budzi się do życia, więc i pora na mnie, abym się pojawiła tu po dość długiej nieobecności. A nie było mnie głównie dlatego, że przewędrowałam wszystkie kręgi piekieł. Wzdłuż i wszerz i po skosie tyłem. Mój własny, wyhodowany na krwawicy ząb postanowił mnie zabić. A było to tak...

Zaczęło się od niewinnego zapalenia. Piszę niewinnego, gdyż przerabiałam to już tyle razy, że nie robiło to na mnie większego wrażenia. Pałka się jednak przegła ostatecznie gdy zaczęłam rozważać samodzielne usunięcie zęba przy pomocy posiadanych w domu narzędzi, z wiertarką włącznie. Podjęłam zatem dość odważną jak na mnie decyzję o usunięciu zęba. A ja dentystów boję się panicznie i ma to związek z pewnym traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Zapytacie zapewne: z którym? Bowiem faktycznie, moje życie to jedna wielka grecka tragedia. 

Otóż za czasów, gdy w szkołach były jeszcze gabinety stomatologiczne, w mojej budzie przyjmowała znana i doświadczona (podobno) pani doktor Ż. Już jej nazwisko kazało mniemać iż mogłaby się trudnić hurtowym usuwaniem zębów w obozach pracy. Rzeczywistość była chyba gorsza. Pani doktor bardzo nie lubiła ludzi. Szczególnie dzieci, co było wspaniałą okolicznością by podjąć pracę w szkolnym gabinecie stomatologicznym. Gdy podczas przerwy biegaliśmy po korytarzu, zdarzało się że ktoś stuknął, puknął czy huknął w drzwi gabinetu. Kiedyś, po takim incydencie, pani Ż. wyłoniła się ze swej jamy, złapała nieszczęśnika, posadziła na fotelu i groziła, że jeszcze raz tak zrobi a załatwi mu leczenie kanałowe. Tak jak mówiłam: anioł, nie kobieta.

Tak się złożyło, że kiedyś miałam krzywe zęby. W zasadzie nadal mam, ale nie wyglądam już jak królik po amfetaminie. Mama wysłała mnie do ortodonty, który zarządził, że przed wykonaniem aparatu najlepiej będzie pozbyć się pozostałych zębów mlecznych- w tym przypadku czterech trzonowych. Dostałam skierowanie...do gabinetu szkolnego. Założenie było takie, że co tydzień będę się pozbywać po jednym zębie. Z przyczyn humanitarnych, no bo królik królikiem, ale bez przesady. Takie było założenie mojego ortodonty. 

Gdy już po konkretnym opierdolu od mojej mamy, która nie chciała uwierzyć, że nie mam wyrwanych zębów bo:

  1. a) dzisiaj zamknięte było
  2. b) dzisiaj też zamknięte
  3. c) a może same wypadną?
  4. d) jakaś awaria była

poszłam do gabinetu pani Ż. Kobieta rzuciła okiem na moje skierowanie i kazała siadać na fotelu. A że była to osoba, której nawet gestapo kłaniałoby się w pas, nie miałam odwagi powiedzieć jej, że ma być jeden ząbek na tydzień. Usiadłam na fotelu i zapytałam tylko, czy dostanę znieczulenie. Pani Ż. zaśmiała się basowym głosem i oznajmiła mi tylko, że chyba głupia jestem i ona nie ma czasu na zabawę. Faktycznie, zapowiadała się przednia impreza.

Pierwszy poszedł w bólach, szybko jednak oprzytomniałam gdy okazało się że pani Ż. zabiera się już za drugi ząbek. Nie miałam zbytnio czasu protestować, bo poczułam jakby mi coś wybuchło w głowie. Z trzecim był problem, bo postanowił się ułamać. Słychać było trzask, a nie jest to przyjemny dźwięk, i jakoś tak wyszło, że zaczęłam płakać. No cóż, mała byłam i to chyba normalne że dziecko płacze jak coś boli. Nie było normalne dla pani Ż. która najbardziej w świecie nienawidziła dzieci, a tym bardziej płaczących.

- Czego mi tu płacze?! Krzywdę jej robię?! Pytam się czy krzywdę robię! Przestań płakać, bo dopiero zobaczysz co to ból!

Po czym wzięła jakieś hakowate ustrojstwo i zaczęła mi wygrzebywać resztę zęba z dziąsła. Skrob, skrob, skrob… Jeszcze parę razy mnie zjechała za płakanie, po czym z hukiem wyrwała mi czwarty ząb i pokazując mi go stwierdziła:

- I już, po wszystkim, czego wyje…

Poszłam do domu, z gębą wypchaną wacikami, szukając pocieszenia u mej Rodzicielki. Srogo się jednak zawiodłam, gdyż Matula stwierdziła, że w sumie to i lepiej, bo raz a po krzyku. Po czym dała mi do jedzenia surową marchew, bo gdzieś ktoś jej powiedział, że jak się je twarde rzeczy to dziąsła się szybciej goją, bo się tam coś ściera, zasklepia, itd. Nie dosłuchała jednak, że to po jakimś czasie od wyrwania. Wręczyła mi więc te jebane marchewki i kazała je zjeść. Jak na dziecko przystało, zastosowałam jedyne znane mi rozwiązanie na takie sytuacje i schowałam marchewki za szafę. Pół roku później, sprzątając przed świętami, Mama odsunęła szafę i możecie się domyślić jaką jazdę mi zrobiła gdy znalazła tam zmumifikowane szczątki owych marchewek…

Jak sami zatem widzicie, z dentystami nie jest mi po drodze. Dość mocno się bałam zatem tej wizyty, ale miałam już dość zapaleń i postanowiłam ogarnąć temat. Poszło szybko, sprawnie i tylko raz miałam ochotę zasadzić panu dentyście kopa w krocze i uciec. A to spory sukces. Wszystko było ok, póki działało znieczulenie. Pff, nawet na spacer z psem poszłam. Ale niestety, każda faza, nawet najfajniejsza kiedyś się kończy. I wtedy się zaczęło. I zaprawdę powiadam Wam: nie zna prawdziwego bólu ten, kto nie usuwał sobie zęba mądrości. Śmierć, chaos, zniszczenie, wycie wilków nocą do księżyca… Przeszłam wszystkie kręgi piekieł…wzdłuż, wszerz i po skosie.

Zawsze bawiło mnie to zdjęcie. Dopóki na moim prześwietleniu szczęki nie zobaczyłam, że moje górne ósemki wyglądają identycznie. Już nie mogę się doczekać aż zaczną wyłazić…

1371408350_przez_anetaa_middle

 

A ponieważ robi się ciepło i powoli wylegają na ulice biegacze, to chciałabym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Drodzy panowie, jeśli już musicie biegać i koniecznie musicie zakładać obcisłe getry do biegania, to zaciągnijcie na to jeszcze jakieś spodenki…bo nie każdy ma pupę jak Fabio, natomiast oglądanie podskakujących ding dongów skutecznie zabija apetyt.

Buziaczki.

 

20:24, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 118