Przecież ktoś Wam to musi wytłumaczyć...
RSS
sobota, 04 marca 2017
O zębach i ding dongach

Powoli robi się ciepło. Wszystko budzi się do życia, więc i pora na mnie, abym się pojawiła tu po dość długiej nieobecności. A nie było mnie głównie dlatego, że przewędrowałam wszystkie kręgi piekieł. Wzdłuż i wszerz i po skosie tyłem. Mój własny, wyhodowany na krwawicy ząb postanowił mnie zabić. A było to tak...

Zaczęło się od niewinnego zapalenia. Piszę niewinnego, gdyż przerabiałam to już tyle razy, że nie robiło to na mnie większego wrażenia. Pałka się jednak przegła ostatecznie gdy zaczęłam rozważać samodzielne usunięcie zęba przy pomocy posiadanych w domu narzędzi, z wiertarką włącznie. Podjęłam zatem dość odważną jak na mnie decyzję o usunięciu zęba. A ja dentystów boję się panicznie i ma to związek z pewnym traumatycznym przeżyciem z dzieciństwa. Zapytacie zapewne: z którym? Bowiem faktycznie, moje życie to jedna wielka grecka tragedia. 

Otóż za czasów, gdy w szkołach były jeszcze gabinety stomatologiczne, w mojej budzie przyjmowała znana i doświadczona (podobno) pani doktor Ż. Już jej nazwisko kazało mniemać iż mogłaby się trudnić hurtowym usuwaniem zębów w obozach pracy. Rzeczywistość była chyba gorsza. Pani doktor bardzo nie lubiła ludzi. Szczególnie dzieci, co było wspaniałą okolicznością by podjąć pracę w szkolnym gabinecie stomatologicznym. Gdy podczas przerwy biegaliśmy po korytarzu, zdarzało się że ktoś stuknął, puknął czy huknął w drzwi gabinetu. Kiedyś, po takim incydencie, pani Ż. wyłoniła się ze swej jamy, złapała nieszczęśnika, posadziła na fotelu i groziła, że jeszcze raz tak zrobi a załatwi mu leczenie kanałowe. Tak jak mówiłam: anioł, nie kobieta.

Tak się złożyło, że kiedyś miałam krzywe zęby. W zasadzie nadal mam, ale nie wyglądam już jak królik po amfetaminie. Mama wysłała mnie do ortodonty, który zarządził, że przed wykonaniem aparatu najlepiej będzie pozbyć się pozostałych zębów mlecznych- w tym przypadku czterech trzonowych. Dostałam skierowanie...do gabinetu szkolnego. Założenie było takie, że co tydzień będę się pozbywać po jednym zębie. Z przyczyn humanitarnych, no bo królik królikiem, ale bez przesady. Takie było założenie mojego ortodonty. 

Gdy już po konkretnym opierdolu od mojej mamy, która nie chciała uwierzyć, że nie mam wyrwanych zębów bo:

  1. a) dzisiaj zamknięte było
  2. b) dzisiaj też zamknięte
  3. c) a może same wypadną?
  4. d) jakaś awaria była

poszłam do gabinetu pani Ż. Kobieta rzuciła okiem na moje skierowanie i kazała siadać na fotelu. A że była to osoba, której nawet gestapo kłaniałoby się w pas, nie miałam odwagi powiedzieć jej, że ma być jeden ząbek na tydzień. Usiadłam na fotelu i zapytałam tylko, czy dostanę znieczulenie. Pani Ż. zaśmiała się basowym głosem i oznajmiła mi tylko, że chyba głupia jestem i ona nie ma czasu na zabawę. Faktycznie, zapowiadała się przednia impreza.

Pierwszy poszedł w bólach, szybko jednak oprzytomniałam gdy okazało się że pani Ż. zabiera się już za drugi ząbek. Nie miałam zbytnio czasu protestować, bo poczułam jakby mi coś wybuchło w głowie. Z trzecim był problem, bo postanowił się ułamać. Słychać było trzask, a nie jest to przyjemny dźwięk, i jakoś tak wyszło, że zaczęłam płakać. No cóż, mała byłam i to chyba normalne że dziecko płacze jak coś boli. Nie było normalne dla pani Ż. która najbardziej w świecie nienawidziła dzieci, a tym bardziej płaczących.

- Czego mi tu płacze?! Krzywdę jej robię?! Pytam się czy krzywdę robię! Przestań płakać, bo dopiero zobaczysz co to ból!

Po czym wzięła jakieś hakowate ustrojstwo i zaczęła mi wygrzebywać resztę zęba z dziąsła. Skrob, skrob, skrob… Jeszcze parę razy mnie zjechała za płakanie, po czym z hukiem wyrwała mi czwarty ząb i pokazując mi go stwierdziła:

- I już, po wszystkim, czego wyje…

Poszłam do domu, z gębą wypchaną wacikami, szukając pocieszenia u mej Rodzicielki. Srogo się jednak zawiodłam, gdyż Matula stwierdziła, że w sumie to i lepiej, bo raz a po krzyku. Po czym dała mi do jedzenia surową marchew, bo gdzieś ktoś jej powiedział, że jak się je twarde rzeczy to dziąsła się szybciej goją, bo się tam coś ściera, zasklepia, itd. Nie dosłuchała jednak, że to po jakimś czasie od wyrwania. Wręczyła mi więc te jebane marchewki i kazała je zjeść. Jak na dziecko przystało, zastosowałam jedyne znane mi rozwiązanie na takie sytuacje i schowałam marchewki za szafę. Pół roku później, sprzątając przed świętami, Mama odsunęła szafę i możecie się domyślić jaką jazdę mi zrobiła gdy znalazła tam zmumifikowane szczątki owych marchewek…

Jak sami zatem widzicie, z dentystami nie jest mi po drodze. Dość mocno się bałam zatem tej wizyty, ale miałam już dość zapaleń i postanowiłam ogarnąć temat. Poszło szybko, sprawnie i tylko raz miałam ochotę zasadzić panu dentyście kopa w krocze i uciec. A to spory sukces. Wszystko było ok, póki działało znieczulenie. Pff, nawet na spacer z psem poszłam. Ale niestety, każda faza, nawet najfajniejsza kiedyś się kończy. I wtedy się zaczęło. I zaprawdę powiadam Wam: nie zna prawdziwego bólu ten, kto nie usuwał sobie zęba mądrości. Śmierć, chaos, zniszczenie, wycie wilków nocą do księżyca… Przeszłam wszystkie kręgi piekieł…wzdłuż, wszerz i po skosie.

Zawsze bawiło mnie to zdjęcie. Dopóki na moim prześwietleniu szczęki nie zobaczyłam, że moje górne ósemki wyglądają identycznie. Już nie mogę się doczekać aż zaczną wyłazić…

1371408350_przez_anetaa_middle

 

A ponieważ robi się ciepło i powoli wylegają na ulice biegacze, to chciałabym zwrócić uwagę na jedną rzecz. Drodzy panowie, jeśli już musicie biegać i koniecznie musicie zakładać obcisłe getry do biegania, to zaciągnijcie na to jeszcze jakieś spodenki…bo nie każdy ma pupę jak Fabio, natomiast oglądanie podskakujących ding dongów skutecznie zabija apetyt.

Buziaczki.

 

20:24, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
czwartek, 19 stycznia 2017
Dementi, czyli Kortezów ciąg dalszy

Wczorajszy wpis o Kortezie przyniósł spory odzew ale wszystkich (łącznie z samą sobą) przeszła Grafomanka, której komentarz był tak długi, że odpisując na niego postanowiłam zrobić osobny wpis.

Droga Grafomanko i reszto świata,

Z wychodzeniem na fajkę zawsze tak jest, że się wychodzi i się znika. Niektórzy jak wyjdą na szluga, to po 20 latach wracają. Wstyd się przyznać, ale za czasów gdy paliłam (a były takie czasy), to wyjście na fajkę było świetnym powodem, by urwać się z miejsca w którym nie chciało się być. Tak, wiem jestem straszna, ale zdarzało mi się że nie bawiąc się najlepiej oznajmiałam iż wychodzę na faję i…szłam do domu. Gangsterskie życie.

Gratuluję udanego Sylwestra. Czasem mam nawet takie rozkminy, żeby spędzić go gdzieś, wśród ludzi, bawiąc się i wirując na jakimś dancyku, nie mniej jednak wtedy zaczynam rozważać wszelkie „za” i „przeciw”, a szczerze mówiąc to zaczynam od „przeciw” i na tym kończę. Pierwszą rzeczą, jaką biorę pod uwagę jest obecność innych ludzi. I to zasadniczo wystarczy. Nie oszukujmy się, żadna ze mnie istota społeczna i unikam skupisk ludzkich na tyle na ile to możliwe. Do tego stopnia, że skorzystałam z możliwości przekierowania wysłanej do mnie przesyłki do punktu odbioru. Byle tylko nie musieć rozmawiać z kurierem…. Takim jestem człowiekiem. Wracając z psem ze spaceru, jeśli widzę że ktoś wchodzi/wychodzi z klatki zawracam sierściucha i robimy dodatkową rundkę. Byle tylko nie musieć z nikim rozmawiać. A czasem kiedy muszę do kogoś oddzwonić to jestem szczęśliwa gdy nie odbiera i uważam, że trzy sygnały połączenia wyczerpały wszelkie możliwości skontaktowania się. Jakiś czas temu mijałam na ulicy małą dziewczynkę, na oko z 6 lat,  która szła z mamą. Mała miała naciągnięty na twarz szalik, który zakrywał jej oczy i tak kroczyła trzymając matkę za rękę. Matka w pewnym momencie zauważyła to i mówi:

- Zejmij ten szalik, niczego nie widzisz przecież…

Na co młoda:

- Nie! Tak będę szła, nie mam ochoty patrzeć na ten świat!

Mój człowiek.

 

Kortez. I ta część skierowana jest również do punktpotrójny. Ja mam świadomość tego, że to taka muzyka zrobiona z pełną premedytacją, żeby człowieka przecisnąć przez emocjonalny magiel. Ckliwe to to i melodramatyczne, no i te teksty….no sorry, ale czym do grzyba Wacława są „imbirowe przyszłości o smaku kabli”?! Mogę mieć zespół napięcia i płakać oglądając szczeniaczki i prognozę pogody (tak, popłakałam się na prognozie pogody), ale tego to już nawet ja nie przełknę. Ale w zasadzie, jak sobie gdzieś tam w tle leci to nawet, nawet…

Byłam na koncercie Taco. Ogólnie lubię człowieczka, bo nie oszukujmy się- zapewne Himalaje prawilnych rapów to zapewne nie są, nie mniej jednak miło się tego słucha. Wolę tekst „jesteś jak nieoczekiwany zwrot podatku” niż Chada i „Czas rozliczeń”. Swego czasu M. lubowała się w tym utworze. Przyszła kiedyś do mnie i mówi, że puści mi zajebisty kawałek. A że zaczyna się on od słów:

Masz tu 40 wersów, każdy z nich zaboli
Najchętniej ruro widziałbym cię w ciuchach z czarnej folii”

to przez jakiś czas trochę się obawiałam przyciąć komara w jej towarzystwie.

Chcę również, korzystając z sytuacji, zdementować jakoby mój piesek był „wałeczkiem okrąglutkim” i „pigułeczką na malutkich łapeczkach”. On dorasta! Najpierw masa, potem rzeźba.

I to by było na tyle. Wyczerpałam limit socjalizacji internetowej na dziś. Poza tym mój rosnący, po raz setny, ząb mądrości postanowił przysporzyć mi bólu głowy, szyi, gardła i uniemożliwić spożywanie czegokolwiek, co oznacza że moje plany na wieczór, to położyć się spać i obudzić za rok.

Dobrej nocy.

 

19:50, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
środa, 18 stycznia 2017
Kortezy i inne melodramaty

Witam Was serdecznie po długiej przerwie. Przerwa ta wynikała z faktu, że sporo się u mnie działo a nawet gdy się nie działo, to nie miałam za bardzo ochoty siadać przed świecącym prostokątem. W Święta miałam nawet poryw by złożyć Wam życzenia , ale biorąc pod uwagę, że w zasadzie Świąt nie obchodzę, to pomysł umarł śmiercią naturalną, gdyż byłoby to równie szczere jak stwierdzenie Beaty Sz. że polska demokracja ma się dobrze.

Witam Was zatem w nowym roku. Nie wiem jak Wy spędzaliście Sylwestra, ja pobiłam swój osobisty rekord. Po napchaniu się żarciem jak dzika kuna w jagodach poszłam spać i obudziłam się o 23:56. Ziewnęłam, mlasnęłam, Krzysztof Ibisz darł entuzjastycznie mordę w tv. Podrapałam się po…brzuchu i stwierdziłam że ewentualnie można by wytoczyć się na balkon i pooglądać fajerwerki. Opatuliłam się jak starowinka na Syberii, wypełzłam na balkon…zimno się zrobiło, więc wróciłam do mieszkania otworzyłam wino (nie mam już zdrowia na ruskiego szampana) i przysięgam, że nie wiem jak to się stało, że cała litrowa butelka wkrótce się opróżniła. Serio, nie wiem jak to się stało…

A co do nowego roku, to … no szału nie ma, dupala nie urywa. Nadrabiam zaległości książkowe i muzyczne. I na tych drugich chciałam się tu skupić. Nowinki muzyczne jakoś ciężko do mnie trafiają. Jestem pod tym względem dość oporna, i nawet gdy moja ulubiona kapela reaktywowała się po latach przerwy, to około dwóch lat zajęło mi przełamanie się i przesłuchanie ich nowego krążka. Oczywiście później plułam sobie w brodę, bo krążek okazał się zajebisty. Ale że nie wyciągam wniosków ze swojej permanentnej głupoty, to nawyk ten nadal pielęgnuję. Jednak ostatnio jadąc autobusem i słuchając po raz setny tych samych kawałków stwierdziłam że potrzebuję czegoś nowego. I tak, wiem że teraz ściśniecie ze mnie bączka, ale postanowiłam sprawdzić: o co chodzi z tym całym Kortezem??

Nie, no ludzie, takich rzeczy się nie robi. Szczególnie babie z zespołem napięcia. A to wszystko przez A. która niemal wymusiła na mnie przesłuchanie jednego z utworów, twierdząc że nie ma bata, na bank mi się broda zatrzęsie. No co jak co, ale ja nie taka pierwsza do trzęsienia brody, więc tego Korteza odpaliłam….Jechałam autobusem, zapychając się ciastkami czekoladowymi i dość szybko nos zawalił mi się smarkami a oczy się spociły. Ludzie no litości, taki melodramatyczny gniot wyzwolił ze mnie babę pospolitą. Słuchałam „Od dawna już wiem” z miliard razy, skowycząc mym głosem wewnętrznym razem z panem "i kłam, i kłam i kłaaaam…”. To straszne co hormony robią z człowiekiem... bo oczywiście przypomniały mi się wszelkie me sercowe niepowodzenia i z głową opartą o szybę autobusu, czułam się jak bohater kiepskiego teledysku...

anigif3

I ja, k…a, czułam jego ból i rozumiałam i po prostu życiowe katharsis w autobusie…Także, droga A.: nienawidzę Cię oficjalnie.

Mam jednak pewną uwagę co do hitu pana Korteza „Z imbirem”. Ja byłam święcie przekonana, słysząc tę piosenkę w radio, że on tam śpiewa: tiiim di rum. Wiecie, taki pierdoletowy ozdobnik, takie zbędne sibą sibą, szala la, czy inne bum cziki bum. Dopiero później mnie uświadomiono, że on tam śpiewa „z imbirem”. Bez sensu. Moja wersja podobała mi się bardziej. I nie przekonuje mnie argument:  ale jak może być tiiimdi rum, skoro on tam nie wymawia „t”? Bo to jest nieme „t”…

 Ale że cierpię na ciekawą przypadłość jaką jest synestezja i podczas słuchania muzyki widzę kolory, to płyta pomimo tego melodramatycznego tonu dla podstarzałych kur domowych, przypadła mi do gustu, bo ma ładny, niebieski kolorek.

Drugim krążkiem, który postanowiłam sprawdzić jest bijący wszelkie rekordy O.S.T.R. ze swoim Życiem po śmierci. A właśnie tak, bo ja jestem otwarta na wszelką muzykę i co najwyżej później stwierdzam, że coś zdrapuje gówno z dna Rowu Mariańskiego. I muszę szczerze przyznać, że nie dziwię się że płyta zgarnęła podwójną platynę, gdyż jest naprawdę świetna. Ale nie będę się tu nad nią rozpływać, gdyż jak ktoś chce to posłucha sam.

I tak, lubię rap a w grudniu byłam nawet na koncercie hip hopowym. I pomijając fakt, że czułam się ciut…co by tu ukrywać- staro wśród zjaranej ziołem gimbazy, to zabawa była przednia.

Na koncert Korteza nigdy nie pójdę. Musiałabym ubrać się w czarny płaszcz, umalować usta na wiśniowo i ściągnąć sobie na telefon apkę z płonącą świeczką, by móc rytmicznie machać nią i bujać się z tłumem jak banda hatifnatów. To już trochę za dużo jak na mą godność. No chyba, że kolejny litr wina….

21:07, hippiefunkytown
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117